RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje filmowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje filmowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Krótka recenzja ku przestrodze - Silent Hill: Apokalipsa (3D)

Kiedy w 2012 r. dowiedziałem się o nadchodzącej premierze filmu Silent Hill: Revelation, znanego w naszym kraju jako Silent Hill: Apokalipsa, wiedziałem już, że nie ma co liczyć na zachowanie poziomu Silent Hill'a z 2006 r. Nie spodziewałem się jednak, że może być aż tak źle... 


Nie ma co owijać w bawełnę - Silent Hill: Apokalipsa to zły film. Jest próbą ekranizacji trzeciej części znanego z konsol i PC survival horroru, ale z fabułą gry ma niewiele wspólnego. Wspólnym elementem jest tu z pewnością postać Heather, którą w snach wzywa do siebie tytułowe, zamglone miasteczko. Odtwórczyni roli Heather, czyli niejaka Adelaide Clemens nie jest może najlepszym wyborem, jeżeli chodzi o podobieństwo do cyfrowej Heather, jednak obsada na tle innych elementów filmu wypada całkiem znośnie. Aktorzy nie mieli tu jednak pola do popisu. Zostali wpisani w ramy potwornie słabego scenariusza, który z enigmatycznego klimatu gier (i filmu z 2006 roku) zrobił chaotyczną sieczkę skierowaną nie wiadomo do kogo. Bo ani nie do fanów serii gier, ani do fanów pierwszej części filmu, ani nawet do fanów horrorów jako takich. W moim wyobrażeniu widz, który dobrze bawił się na seansie Silent Hill: Apokalipsa, jawi się jako osoba zupełnie pozbawiona mózgu (chyba, że jest masochistą).

Pierwsze 20-30 minut filmu można nawet jakoś znieść, bo jest to w końcu wprowadzenie do historii. Jednak później jest już tylko pozbawiony sensu i klimatu bełkot, nagromadzenie zbyt dużej ilości tandetnych "scen akcji", wypełnionych (wątpliwej jakości) efektami specjalnymi. Już nawet pierwszemu kinowemu Silent Hill'owi wielu krytyków zarzucało zbytnią dosłowność w sposobie przełożenia gry komputerowej na duży ekran, ale w mojej ocenie jest to film nakręcony w dobrym guście, będący powiewem świeżości w horrorowym światku, z kapitalnym, zachowującym melancholijny klimat japońskich gier zakończeniem. Tymczasem taki gniot jak SH: Apokalipsa w ogóle nie powinien powstać. A jednak powstał. Jak się domyślam powodem tego są pieniądze, jakie można było wycisnąć ze znanej marki, kojarzonej z dobrym horrorem. Trudno mi znaleźć jakieś znaczące plusy tego filmu, ale jakbym miał jakieś wskazać, to ewentualnie byłyby to nieliczne, ciekawe scenografie. 

Rzadko się zdarza, że po 45 minutach mam nieprzemożną ochotę wyjść z kina / wyłączyć film i najlepiej zapomnieć o zmarnowanych trzech kwadransach. SH: Apokalisa obejrzałem jednak do końca, chyba tylko po to, żeby upewnić się w przekonaniu, że to jeden z najgorszych filmów jakie widziałem w zeszłym roku (a może nawet w ostatniej dekadzie?). Niech ten tekst będzie dowodem, że SH: Apokalisa wymęczyłem również po to, aby przestrzec innych przed tym "dziełem". Na koniec jak zwykle moja ocena w skali 1-10, którą wystawiam z nieukrywaną przykrością, ale też z pełnym przekonaniem.


werdykt:
/10

czwartek, 24 maja 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 6): The Avengers, Kronika, Kobieta w Czerni, The Silent House (La Casa Muda)

W kolejnym odcinku recenzji filmowych z cyklu "TRZY SZYBKIE" zapraszam tym razem na CZTERY krótkie teksty o filmach, tak żeby było "śmieszniej". Jest również inny powód dla akurat czterech, a nie trzech recenzji, bowiem mam tu dwa ciekawe zestawienia. Najpierw rzecz o superbohaterach: z jednej strony wyidealizowana wersja życia "superheroes" przedstawiona w The Avengers, z drugiej zaś strony zderzenie supermocy z brutalnym, ale prawdziwym życiem w Kronice. Oba filmy są godne uwagi, ale ja daję pół punktu więcej dla Kroniki, głównie ze względu na świeże podejście do tematu. W drugim zestawieniu proponuję dwa bardzo dobre horrory, z pozoru różne od siebie (poziom i sposób realizacji), ale w istocie bardzo do siebie zbliżone, a to za sprawą elementu, który należy chyba nazwać "przesłaniem". W moim odczuciu minimalnie lepszy jest (urugwajski!) The Silent House (La Casa Muda), ale przecież każdy może tu mieć zupełnie odmienne zdanie... 

The Avengers (2012) reż. Joss Whedon
gatunek: science fiction / akcja / adaptacja komiksu
podobne do: Iron Man, Thor, Captain America, Hulk, itp.
o czym: Do zekranizowanych wcześniej, wyżej wymienionych superbohaterów dołącza Czarna Wdowa i Sokole Oko (Hawkeye), aby zmierzyć się z poważnym zagrożeniem dla istnienia całej ludzkości. Wrogiem numer jeden jest przyrodni brat Thora, czyli Loki i zastępy humanoidalnych robali z kosmosu. Zanim jednak grupa zwana The Avengers stawi czoło przeciwnikom, musi sama się pozbierać, co nie jest wcale łatwe.
czy warto obejrzeć? Pozycja obowiązkowa dla fanów marvelowskich komiksów, ale również dla wszelakich miłośników akcji upstrzonej humorystycznymi dialogami i powalającymi efektami specjalnymi. Pomimo pewnych fabularnych naiwności i kilku dłużyzn wydaje mi się, że Hollywood znalazł ostateczną receptę na filmy o superbohaterach. Daję również plus za niezłe efekty 3D, choć nie jestem zwolennikiem tej technologii w obecnym "kształcie". 
werdykt:  /10


Kronika (2012) reż. Joshua Trank
gatunek: science fiction / akcja / dramat
podobne do: trochę na wyrost - Carrie, Push 
o czym: Jak zdobyć moc superbohatera? Trzeba trafić do odpowiedniej jamy w ziemi i to dosłownie. Udało się to trzem przyjaciołom, którzy posiedli nadnaturalne, niezwykle potężne zdolności (telekineza, latanie itp.). Okazuje się jednak, że samo posiadanie takich mocy nie czyni z człowieka praworządnego herosa, ani też arcyłotra w kolorowym trykocie. Sprawa jest znacznie bardziej złożona...
czy warto obejrzeć? Kronika jest jedną z najciekawszych kinowych pozycji sci-fi tego roku. Mamy tu charakterystycznego głównego bohatera, który jest postacią dramatyczną (z czasem staje się antybohaterem). Bardzo efektowne pokazy wykorzystania supermocy idą w parze z wyraźnie zarysowanym tłem psychologicznym. Czyli w skrócie: rozpierducha na ekranie z chwilą na refleksję. Brawa za efekty specjalne i ciekawą kulminację historii.
werdykt:  8,5 /10


Kobieta w Czerni (2012) reż. James Watkins
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom"
o czym: Młody notaiusz Artur Kipps przyjeżdża do małego, przytłaczającego miasteczka, w którym ma zająć się sprawami spadkowymi nieżyjącej już właścicielki pewnego starego domostwa.  Legendy głoszą, że w pobliżu posiadłości pojawia się kobieca postać ubrana na czarno, co zawsze zwiastuje śmierć jakiegoś dziecka. Scenariusz niby oklepany, ale...
czy warto obejrzeć? Kobieta w Czerni to naprawdę solidna propozycja dla miłośników nastrojowych filmów grozy. Film wręcz ocieka mrocznym, gotyckim klimatem i pomimo niezbyt oryginalnej fabuły potrafi przykuć widza do ekranu dzięki umiejętnie budowanemu napięciu. Oglądane sceny niejednokrotnie sprawiają, że dreszcz przechodzi po plecach. Na uwagę zasługuje również fakt, że film stara się przemycić niegłupie przesłanie, nie czyniąc tego w nachalny i oczywisty sposób.
werdykt:  /10



The Silent House (2010) reż. Gustavo Hernández
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom" i nie tylko
o czym: Pewna dziewczyna przybywa wraz ze swoim ojcem do starego domu położonego na odludziu, w celu przeprowadzenia remontu zaniedbanej nieruchomości. Jednak zanim oboje zdążą tego dnia zasnąć, zacznie się koszmar. Ktoś (lub coś) próbuje odizolować naszą bohaterkę od rzeczywistości i pozbawić ją zmysłów... Albo ma zupełnie inny, nieodgadniony cel. W tej historii nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
czy warto obejrzeć? Pomimo (pozornie) sztampowego motywu ze starym domem okazuje się, że od początku filmu widz zostaje rzucony na głęboką wodę. Niezależność tej produkcji i jej niekomercyjny charakter pozwoliły twórcom na wykreowanie co najmniej kilku scen grozy, które ocierają się o geniusz. The Silent House naprawdę potrafi przestraszyć, nawet lepiej niż niejeden wysokobudżetowy horror. Moja ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie druga, słabsza połowa filmu. Napięcie trochę siadło, większość tajemnic się wyjaśniła. Pozostał pewien niedosyt, ale i tak polecam The Silent House - to świetny (urugwajski!) horror.
                                                                   werdykt:  7,5 /10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ

wtorek, 10 kwietnia 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 5): John Carter, The Awakening, Najczarniejsza Godzina


John Carter (2012)
gatunek: science fiction / przygodowy
podobne do: Avatar 
o czym: Ekranizacja klasycznej powieści sci-fi pt. "Księżniczka Marsa" (z 1912 roku), której autorem jest Edgar Rice Burroughs. Bohaterem historii jest John Carter, weteran amerykańskiej Wojny Domowej, który w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach zostaje przeniesiony na Marsa i przeżywa tam szereg niesamowitych przygód, takich jak udział w konflikcie trzech ras zamieszkujących planetę i miłość do księżniczki jednej z tych ras.
czy warto obejrzeć? John Carter to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów fantastyki. Wiele osób zarzuca mu brak polotu, ale trzeba pamiętać, że scenariusz powstał w oparciu o książkę napisaną ok. sto lat temu. Zatem wszelkie inne produkcje w rodzaju wyżej wymienionego Avatara powinny mieć kompleks wtórności wobec pomysłów, które zostały przedstawione w Johnie Carterze. To dobry, raczej niedoceniony film. Polecam!
werdykt:   7,5 /10


The Awakening (2011)
gatunek: horror
podobne do: Sierociniec, Inni
o czym: Młoda kobieta, która nie wierzy w duchy i bez pardonu rozprawia się z różnej maści szarlatanami organizującymi naciągane seanse spirytystyczne, zostaje wezwana do wyjaśnienia zagadki śmierci małego chłopca, który rzekomo ukazuje się w nocy i straszy w pewnej angielskiej szkole z internatem. Czyżby sceptycznie nastawiona bohaterka w końcu trafiła na prawdziwego ducha?
czy warto obejrzeć? Warto, ale... Jeżeli zaliczasz się do miłośników horrorów i widziałeś/aś już takie tytuły jak Inni z Nicole Kidman i hiszpański Sierociniec, po obejrzeniu The Awakening możesz poczuć się trochę zawiedziony/a. Początek filmu jest niezwykle ciekawy i zapowiada coś oryginalnego, ale końcówka wyraźnie rozczarowuje. Oglądamy klasyczne patenty z duchami, zrealizowane bardzo dobrze, ale to wszystko już gdzieś było (zwłaszcza w wyżej wymienionych dwóch tytułach) . 
werdykt:  /10


Najczarniejsza Godzina (2012)
gatunek: akcja / science fiction / horror
podobne do: filmów typu "inwazja z kosmosu"
o czym: Kosmici atakują! Tym razem jednak rzecz dzieje się w Rosji, a nie jak zwykle w tego typu produkcjach: w USA. Poza tym okazuje się, że kosmici są niemal niewidzialni (czasem tylko mienią się jakąś pomarańczową mgiełką) i interesuje ich energia elektryczna, którą mogą wyłuskać z naszej biednej planety. Plus do tego grupa młodych ludzi walczących o przetrwanie, czyli nic nowego.
czy warto obejrzeć? Szkoda czasu dla tej szmiry. Scenariusz filmu jest wtórny, aktorzy jacyś drętwi, a dialogi wręcz porażają swoją naiwnością. Akcja toczy się dość szybko, ale nie nie wciąga ani trochę. Efektów specjalnych też jakoś mało i delikatnie mówiąc nie zachwycają. Generalnie jest to bardzo słaby film, który właściwie nie zasługuje na ocenę wyższą niż 2/10, ale te pół punktu dodaję za kilka niezłych elementów postapokaliptycznych (głównie scenografie).
werdykt:  2,5 /10

czwartek, 1 marca 2012

"O koniu i jego ludziach", czyli kilka przemyśleń po obejrzeniu filmu "War Horse" [Czas Wojny] w reżyserii Stevena Spielberga

Najwyższa pora zacząć weryfikować filmowe oczekiwania 2012 roku. Na pierwszy ogień idzie koń, czyli film przygodowo - wojenny pt. War Horse.


War Horse to epicka opowieść, a nawet "filmowa laurka" o przyjaźni człowieka i zwierzęcia, o lojalności, nadziei i wytrwałości na froncie I wojny światowej. Film przedstawia historię ludzi, których losy związane są z losami konia o imieniu Joey. Koń ten dorasta na angielskiej farmie, by potem trafić do Francji i wziąć udział w dramatycznych wydarzeniach dziejących się podczas wojny. Ciekawostką jest fakt, że "zwierzakowi" przyjdzie służyć po obu stronach konfliktu, towarzysząc ludziom różnych narodowości. Szczęście Joey'a polegało na tym, że udawało mu się trafiać na osoby, którym wojna była "nie po drodze" i nie mogli oni pojąć jej okrucieństwa.

Historia opowiadana w War Horse jest obarczona dużą dozą patosu i naiwności, jednak nawet jeżeli pokłady infantylizmu tej opowieści byłyby znacznie większe, film i tak by mi się podobał. Ma na to wpływ kilka elementów, a mianowicie:

a) widowiskowość, jaką twórcom War Horse udało się osiągnąć bez użycia cyfrowych efektów specjalnych. Sceny batalistyczne są naprawdę dynamiczne i emocjonujące, nagrane bez zbędnych "ulepszaczy". Oko cieszą też dopracowane w najdrobniejszych szczegółach scenografie;
b) muzyka, której autorem jest jeden z najbardziej cenionych kompozytorów związanych z Hollywood, czyli John Williams. Soundtrack filmu jest naprawdę niezły. Podniosłe, symfoniczne utwory, przy których trudno nie uronić łezki to w zasadzie żadna nowość w tego typu produkcjach, ale utworom Williamsa nie można odmówić "jakości";
c) kapitalna scena rozgrywająca się na polu walki, kiedy zaplątanemu w druty kolczaste Joey'owi próbują pomóc dwaj żołnierze: Anglik i Niemiec. Początkowo ich dialog rozgrywa się "na ostrzu noża", by potem ukazać obu żołnierzom ludzkie oblicze swojego wroga i podać w wątpliwość sens konfliktu, w którym uczestniczą;
d) gra aktorska... zwierząt. Wygląda na to, że zwierzęta są najbardziej wiarygodnymi i naturalnymi aktorami. Na uwagę zasługują również efekty tresury, jaką musiały przejść niektóre z nich. W jednej ze scen rozpędzony na polu bitwy koń próbuje z rozmachem przeskoczyć okop, co nie do końca mu się udaje. Zwierzę przewraca się na ziemię, po czym podnosi się i galopuje dalej wewnątrz okopów, pomiędzy uciekającymi na boki żołnierzami. Na dużym ekranie wygląda to niesamowicie. Zachodzę w głowę, jak filmowi spece zmusili konia do takiego wyczynu. Albo był tak wytresowany, albo scena była w dużej mierze dziełem przypadku. Bez względu na okoliczności - należą się duże brawa.


I na tym kończę, wystawiając filmowi War Horse bardzo wysoką notę, co jest zaskoczeniem nawet dla mnie. Nie jest to dzieło epokowe, ale chyba nawet sam Spielberg nie miał na celu uczynienia filmu War Horse czymś, czym film ten nigdy nie miał szansy się stać. To po prostu "ładny film", który prawdopodobnie za parę lat będzie oglądany przez rodziny zgromadzone przy telewizorach, tuż po niedzielnym obiedzie.

werdykt:
/10

poniedziałek, 16 stycznia 2012

NIE BÓJ SIĘ CIEMNOŚCI... bo nie ma czego się bać [recenzja]

Nie bój się się ciemności to horror w reżyserii niejakiego Troy'a Nixey'a, a producentem i scenarzystą jest  tu nie kto inny jak Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Kręgosłup Diabła, Oczy Julii). Nie da się jednak ukryć, że jest to jeden z najmniej udanych horrorów w karierze tego twórcy. Film zrealizowany jest przyzwoicie, ale nie porywa. Jednak jego najgorszym grzechem jest to, że nie straszy...


Fabuła filmu opiera się na zmodyfikowanym schemacie nawiedzonego domu. Mamy zatem dużą, starą rezydencję, która kryje w sobie wiele tajemnic poprzednich jej mieszkańców. Tym razem jednak chodzi o mroczne wyobrażenie "wróżek zębuszek", które bynajmniej nie przypominają wróżek, jakie znamy z baśni i bajek dziecięcych, ale są małymi, szkaradnymi gnomami, które porywają dzieci dla ich śliczniutkich, małych ząbków. Gnomy te żyją odwiecznie w swojej jaskini, z której wyjście stanowi popielnik w piwnicy starej rezydencji. W to miejsce trafiają zaś główni bohaterowie filmu, czyli facet rozwodnik ze swoją nową dziewczyną i jego smutne dziecko. Nie sposób nie domyślić się, co będzie głównym motywem fabuły i jakie wydarzenia będą dalej następowały. Gnomy straszą małą dziewczynkę, a tej oczywiście żaden z dorosłych nie chce uwierzyć w choćby jedno słowo na temat okropieństw, jakie ją spotykają. Jedynym ratunkiem jest światło, bo to jedyna rzecz, jakiej boją się wredne i złowrogo nastawione małe istoty.

Jak widać koncept scenarzystów nie wprowadza na ekrany jakiejś niewyobrażalnej grozy. Film stara się raczej straszyć widza drobiazgami. Niestety, o ile udawało się to w wielu poprzednich filmach Guillermo del Toro, o tyle w Nie bój się się ciemności groza jest raczej umowna. Zresztą nie bardzo sprzyja jej sam pomysł z "wróżkami zębuszkami", do których dorobiono nawet śmiertelnie poważną teorię, jakoby w dawnych wiekach stworzenia te zawarły pakt z papieżem, że nie będą porywać dzieci, jeżeli te będą umieszczać wypadające ząbki pod poduszkami. A w zamian pod poduszkami dzieci znajdowały samorodki srebra. Teoria raczej śmiechu warta i ciężka do przełknięcia, chyba, że... Chyba, że jest się dzieckiem w wieku - powiedzmy - od siedmiu do dziesięciu lat. I taka właśnie jest moja puenta. Z pewnością bałbym się oglądając Nie bój się się ciemności, pod warunkiem, że mój wiek można byłoby umieścić w wyżej wymienionym przedziale.

Na pocieszenie dodam jednak, że jedna scena nawet mi się spodobała. Chodzi o scenę z dziewczynką, która siedzi pod kołdrą z latarką w dłoni i po woli ową kołdrę odsłania. Końcowy efekt jest przewidywalny, ale mimo wszystko "przyjemny". Poza tym całość ratuje dość ciekawe zakończenie, całkiem w stylu Guillermo del Toro, raczej bez "happy endu". Dlatego też szkoda, że film pretendujący do miana solidnego horroru poległ niemal na całej linii. Zjadła go dość irytująca, infantylna i przewidywalna fabuła oraz niedostatek prawdziwych emocji. Pomimo, że nie jest to w żadnym wypadku realizacyjne dno, film poniósł zasłużoną porażkę.

werdykt:
/10


poniedziałek, 12 grudnia 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 4): Conan Barbarzyńca, Kowboje i obcy, Geneza planety małp

Conan Barbarzyńca (2011)
gatunek: fantasy
podobne do: Conana Barbarzyńcy :-) ew. do "Tropiciela" (2007)
o czym: O dziecku, które urodziło się na polu bitwy i którego rodzice (jak i cała wioska) zostali zabici przez okrutnego nekromantę. Conan postanawia się na nim zemścić. Jako niezwyciężony wojownik przemierza morza i lądy, pomaga uciśnionym i karmi swój miecz obficie tryskającą posoką różnej maści złoczyńców. Podczas jednej z wędrówek natrafia na ślad nekromanty i nie spocznie póki nie zabije...
czy warto obejrzeć? Raczej nie. Bo nowa wersja Conana Barbarzyńcy to film nijaki. Niby wszystko jest: efektowne walki, podróże, mroczna magia i fantastyczny świat, ale to wszystko na nic. Brakuje oryginalności, choćby jednego nowatorskiego pomysłu, który pociągnąłby cały film. Scenariusz pełen jest niedorzeczności i uproszczeń, ale nie miałbym ku temu nic przeciwko, gdyby nie ta sztampa. Po prostu nijaka nijakość i brak polotu. 
werdykt:   /10


Kowboje i obcy (2011)
gatunek: western / science fiction
podobne do: tak na dobrą sprawę - coś jak "Gwiezdne Wrota"
o czym: O kolesiu, który obudził się gdzieś na pustkowiach, z kompletną amnezją i dziwną obręczą na ręce. Facet trafia do małego miasteczka, gdzie szybko się okazuje, że jest poszukiwany listem gończym. Na domiar złego nad miasteczko nadlatują obcy i bez pardonu porywają jego mieszkańców. Jest również zjednoczenie ludzi, próba odbicia porwanych oraz ostatecznego odparcia wrogich istot. Czy to się może nie udać?
czy warto obejrzeć? Raczej warto. Bo Kowboje i obcy to dość oryginalny film. Jest w odpowiednim stopniu "westernowy", a elementy sci-fi niewątpliwie dodają mu uroku i sprawiają, że film ten ogląda się jako pewne novum w kinie. Szkoda tylko, że jak większość megaprodukcji hollywódzkich film został "odpowiednio" zinfantylizowany i polany słodkim lukrem happy endu. Szkoda...
werdykt:  /10



Geneza planety małp (2011)
gatunek: akcja / science fiction
podobne do: innych filmów z serii
o czym: O tym, jak może zakończyć się próba wynalezienia leku na chorobę Alzheimera, gdy testuje się go na małpach. Film jest prequel'em oryginalnej Planety małp, nakręconej na podstawie powieści Pierre'a Boulle'a. Z Genezy (...) dowiadujemy się zatem, jak mogło dojść do sytuacji, kiedy małpy rządzą światem, a ludzie zostali zepchnięci do roli koni pociągowych.
czy warto obejrzeć? Zdecydowanie warto! Historia opowiedziana w Genezie (...) jest niezwykle ciekawa i wciągająca, a film inteligentnie zrealizowany. Małpy wygenerowano komputerowo, ale to raczej zaleta, bo dzięki temu ukazano wiarygodne emocje na ich twarzach. Geneza planety małp jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem i zarazem najsilniejszym kandydatem do miana najlepszej produkcji sci-fi tego roku. Polecam!
werdykt:  8,5 /10

poniedziałek, 14 listopada 2011

KOSMOS JEST NUDNY! - recenzja filmu "Space Battleship Yamato"

KORZENIE NIE ZASKAKUJĄ
Film Space Battleship Yamato oparty jest ponoć na anime o tym samym tytule, które powstało w 1974 roku. Niestety nie było mi dane obejrzeć tego anime, zatem opisywany tu film oceniam jako "zwyczajne" kino science fiction. Nieuniknione będą zatem porównania do tych filmowych dzieł, które wpisują się kanon science fiction. A pod tym względem - niestety - Space Battleship Yamato nie wypada zbyt szczęśliwie...


PRZYGÓD KILKA KOSMICZNEGO PANCERNIKA
Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości (gdzieś ok. 2200 roku). Ludzkość przegrywa wojnę z Gamilas, czyli tajemniczymi najeźdźcami z kosmosu, którzy zasypują Ziemię bombami meteorytowymi. Za sprawą tych bombardowań poziom promieniowania na powierzchni planety przekracza wszelkie normy bezpieczeństwa i ludzie zostają zepchnięci do życia w podziemiach. Szczęśliwym trafem na Ziemię trafia również nietypowa "przesyłka" w formie niewielkiej kapsuły, która zawiera opis technologiczny i plany konstrukcji pozaziemskiej, potężnej broni oraz współrzędne nieznanej ziemianom planety, która zaraz po tym zostaje nazwana Iskandar. Na dodatek w miejscu, gdzie rozbiła się owa "przesyłka", szkodliwe promieniowanie całkowicie zanikło, zatem wniosek może być tylko jeden: Trzeba zbierać d*pę w troki i ruszać na Iskandar, bo jest tam ktoś (albo coś), kto dysponuje urządzeniem mogącym przywrócić Ziemię do stanu używalności. I tak też dzieje się w filmie Space Battleship Yamato. Ekspedycja na Iskandar wyrusza na pokładzie najpotężniejszego statku kosmicznego, jakim dysponuje Ziemia, czyli tytułowego Yamato... Nawiasem mówiąc, nazwa Yamato nie jest tutaj przypadkowa, bowiem ten statek swoim wyglądem jako żywo przypomina japoński pancernik Yamato z okresu II wojny światowej. Jest tylko trochę bardziej podrasowany...

FABUŁA, GŁUPCZE!
A co dzieje się dalej? Dalej już tylko gwiezdne pojedynki, przeskoki czasoprzestrzenne, śmierć dużej części załogi Yamato, pierwszy "namacalny" kontakt z Gamilas, rozterki i dramaty głównych bohaterów filmu i tak dalej, i tak dalej... Ale o fabule więcej już nie napiszę, bo jak kogoś nie zaciekawił jej dotychczasowy opis, to reszta i tak nie będzie miała najmniejszego znaczenia. A mnie osobiście zaciekawił sam początek filmu, w którym przez kilka minut ukazano zdewastowaną Ziemię i ludzi zepchniętych do podziemia. Kłopot w tym, że ten fragment w stosunku do całego filmu jest tylko kroplą w morzu przeciętności. 

O EFEKTACH I NIEEFEKTYWNYM ICH WYKORZYSTANIU
Space Battleship Yamato można określić jako połączenie Star Treka, Gwiezdnych Wojen, a nawet Obcego, ponieważ zawiera w sobie elementy każdego z tych filmów (tudzież serii filmów). Jakąś tam własną tożsamość to japońskie dzieło ma, ale powiem szczerze, że z mojego punktu widzenia przeważała jednak nijakość. Raził mnie przede wszystkim niemal całkowity brak oryginalności. Myśliwce bojowe wylatujące z pokładu Yamato przypominają zwyczajne samoloty, a w pewnym momencie przypominają również myśliwce z Gwiezdnych Wojen, w których umieszcza się "robocika-pomocnika", ładnie kręcącego "główką" i namierzającego wrogie cele. Wykorzystanie tego patentu w Space Battleship Yamato było dla mnie po prostu tandetne. Ponadto razi wygląd obcych, czyli Gamilas: ot, jakieś białe, humanoidalne patyczaki z niebieskawym światełkiem w miejscu twarzy. Razi również podręczna broń Ziemian, czyli karabiny a'la Obcy: Decydujące Starcie. Inna sprawa, że jeżeli te elementy zostały wiernie odwzorowane na bazie filmu anime z 1974 roku, to raczej nie należy się czepiać. Ba! Może wówczas to były nawet pionierskie pomysły, jak na science fiction? Jakby ktoś wiedział coś więcej na ten temat, proszę mnie sprostować. Ja w swojej bezgranicznej ignorancji odniosłem Space Battleship Yamato tylko do współczesnych patentów stosowanych przez kino z gatunku science fiction. I w dalszym ciągu podkreślam, że na polu całego instrumentarium tego gatunku Space Battleship Yamato wypada po prostu blado. Co zaś tyczy się efektów specjalnych w filmie, prezentują one dość różny poziom. Czasami wygląda to całkiem nieźle, a czasami sztucznie i umownie... Ogólnie rzecz biorąc z efektami nie jest tak źle, ale widać, że nie jest to wysokobudżetowy Hollywood. Problem jednak w tym, że techniczne braki widać gołym okiem, bo i trudno byłoby ich nie zauważyć, skoro w filmie jest mnóstwo scen zrealizowanych wyłącznie "w komputerze".


ZNASZ-LI TEN KRAJ, GDZIE WIŚNIA ZAKWITA?
Scenariusz filmu jest pełen dziur, umowności i uproszczeń. Na to wszystko starałem się przymykać oko, ale czasem raziły pewne dłużyzny w rozmowach między bohaterami filmu, podczas gdy znajdowali się oni w jakichś opałach (banda obcych biegnie z pistoletami, a oni sobie gaworzą...). Wiele jest również przydługich scen pełnych dramatyzmu, patosu i cierpienia ale to poniekąd jest cechą wielu japońskich filmów, więc trzeba się przyzwyczaić i albo się to lubi, albo nie. Ja osobiście nie stronię od kina japońskiego, ale śmiem twierdzić, że widziałem znacznie lepsze, japońskie filmy science fiction, aniżeli Space Battleship Yamato (mam tu na myśli również filmy, które miały swoje korzenie w anime, np. Casshern, Yattaman). 


PRZED NAMI KOSMOS MOŻLIWOŚCI...
Na koniec muszę się jeszcze odnieść do prowokacyjnego tytułu, jaki nadałem tej recenzji. Moim zdaniem kosmos wcale nie jest nudny. Wręcz przeciwnie! Twórcom posługującym się konwencją sci-fi kosmos daje ogromne możliwości, które ogranicza jedynie ich wyobraźnia. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Jakiś czynnik (lub zbiór czynników) spowodował, że twórcy filmu Space Battleship Yamato zaserwowali widzom nudny kosmos. Ale czy była to akurat ich wyobraźnia? Tego nie wiem...


werdykt:
4/10

niedziela, 16 października 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host

Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie. 
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).

Shadow (2009)

Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres


Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.

werdykt:
7/10

Green Lantern (2011)

Gatunek: akcja science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
















Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego). 

werdykt: 
4/10

A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:

The Perfect Host (2010)


Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...


Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi  szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...

Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!

werdykt:
9,25/10


środa, 7 września 2011

Baza recenzji

W celu ułatwienia nawigacji na blogu utworzyłem dziś stronę zawierającą spis wszystkich recenzji opublikowanych w Odległych Światach (wraz z linkami do tychże recenzji). Spis znajduje się na panelu bocznym, pod hasłem "Baza recenzji". Zapraszam!

poniedziałek, 5 września 2011

Niektóre dzieci są naprawdę złymi ludźmi... - krótka recenzja i kilka przemyśleń na temat filmu "Hanna" (2011)


Hanna (Saoirse Ronan) jest nastolatką wychowywaną w dziczy. Potrafi świetnie posługiwać się bronią palną, zna rozmaite techniki walki, operuje biegle kilkoma językami. Jak nauczyć się tego wszystkiego z dala od cywilizacji? Wystarczy mieć za ojca byłego agenta CIA. Niestety, taka przeszłość zawodowa ojczulka (Eric Bana) jest też bardzo niewygodnym brzemieniem, zważywszy na fakt, że miał on w przeszłości na pieńku z groźną i stanowczą agentką Marissą Wiegler (Cate Blanchett). Marzeniem ojca Hanny jest niechybna śmierć Marissy Wiegler, dlatego sumiennie szkoli on swoją córkę na perfekcyjnego zabójcę. Z rolą tą Hanna nie ma najmniejszych problemów, jednak kiedy dochodzi do zderzenia nastolatki z cywilizowanym światem współczesnym, okazuje się, że największą przeszkodą w zrealizowaniu mrocznych planów ojca jest utracone dzieciństwo Hanny. Nasza bohaterka próbuje odnaleźć się w świecie, z jakim nie miała jeszcze do czynienia...

Nauczyć się posługiwać kilkoma współczesnymi urządzeniami - to dla Hanny nie problem, ale nadrobić braki w zwykłej komunikacji interpersonalnej, w rozmaitych niuansach relacji międzyludzkich - to może być o wiele trudniejszym zadaniem. Z takimi właśnie refleksjami mamy do czynienia w filmie Hanna, który - bądź co bądź -  utrzymany jest w konwencji kina sensacyjnego. W wielu momentach film ten stara się jednak wymykać nadanej mu konwencji, serwując widzowi niezwykłe, bardzo plastyczne (wręcz przerysowane!) scenografie i ujęcia, którym warto przyjrzeć się przez dłuższą chwilę. Ponadto film zaskakuje świetną ścieżką dźwiękową autorstwa The Chemical Brothers. Powiem wręcz, że udźwiękowienie to jeden z najlepszych elementów tego filmu. Całość wciąga zatem wartką akcją, chwilami mrożącym krew w żyłach napięciem, ale również niekłamanym przesłaniem na temat dzieciństwa i dojrzewania. Kapitalna rozrywka!

werdykt:
8/10

czwartek, 19 maja 2011

"Trzymanie za mordę" - recenzja filmu Unthinkable

Unthinkable to film, który niesamowicie mnie zaskoczył. Zaskoczył pozytywnie, żeby wszystko było jasne. 
A zaczęło się niezbyt zachęcająco… Pewien muzułmanin amerykańskiego pochodzenia (w tej roli Michael Sheen) nagrywa kamerą oświadczenie, że skonstruował trzy bomby jądrowe i ukrył je w trzech różnych miastach Stanów Zjednoczonych. Tajne służby wywiadowcze po obejrzeniu nagrania zaczynają wyścig z czasem, bowiem do detonacji bomb zostało tylko kilka dni. Stany Zjednoczone, wojna z terroryzmem, muzułmanin-zamachowiec? Brzmi sztampowo i nieciekawie? Gwarantuję jednak, że tak nie jest. 


Po pierwsze, terrorysta zostaje szybko złapany (ach, te niezawodne amerykańskie służby wywiadowcze!), a za przesłuchiwanie go bierze się niezwykle skuteczny i pozbawiony skrupułów były agent, którego gra Samuel L. Jackson. Wtóruje mu piękna i kompetentna agentka, która z kolei nie może pozbyć się skrupułów, ale za to gra ją Carrie-Ann Moss, znana przede wszystkim z roli w Matrixie.

Niech nie zmyli Was lekki ton, którym posługuję się w tym tekście. Unthinkable nie jest lekką, popcornową rozrywką. Esencją tego filmu jest bowiem gra psychologiczna, jaka toczy się pomiędzy zamachowcem i dwójką przesłuchujących go agentów. Postać grana przez Jacksona to prawdziwy, choć niepozbawiony inteligencji brutal, który otwarcie stosuje okropne tortury podczas przesłuchania, natomiast dla naszej pięknej agentki ważniejsze jest przestrzeganie praw człowieka i humanitarne traktowanie przesłuchiwanego. Ale jak mają się prawa człowieka do zachowania zamachowca, który chce wysadzić w powietrze kilka milionów ludzi? Czy przemoc wobec zamachowca jest czynem dopuszczalnym? Do czego można się posunąć podczas przesłuchiwania tak niebezpiecznego człowieka? Z pewnością nie ma jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. I tak też jest w filmie Unthinkable. Nie ma tu czarno-białych postaci (właściwie każdy z trzech głównych bohaterów nosi znamiona postaci tragicznej), nie ma też prostego podziału na dobro i zło. Pojawia się również pytanie, czy tzw. „mniejsze zło” może być usprawiedliwione w tak dramatycznych okolicznościach, jakie stanowi groźba wybuchu bomb jądrowych. Poza tym w filmie nie brak przemocy, która budzi kontrowersje, nawet pomimo znacznej poprawności twórców filmu w jej ukazywaniu.


Wszystko to składa się na naprawdę ciekawe widowisko, które trzyma widza za mordę i nie chce puścić aż do ostatniej minuty. I mnie również trzymało, o czym może świadczyć chociażby nieodparta chęć napisania tekstu, który właśnie czytacie. Jeszcze jedna sprawa. Wygląda na to, że film Unthinkable można już zaliczyć do produkcji niedocenianych. W Polsce mało kto o nim słyszał, można nawet powiedzieć, że został przemilczany. O ile dobrze mi się wydaje, w naszej mlekiem i miodem płynącej krainie nie było nawet premiery kinowej Unthinkable. A szkoda. Dlatego tym bardziej warto obejrzeć ten film. Polecam i do następnego seansu!

werdykt:
9/10