RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ

niedziela, 16 października 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host

Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie. 
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).

Shadow (2009)

Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres


Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.

werdykt:
7/10

Green Lantern (2011)

Gatunek: akcja science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
















Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego). 

werdykt: 
4/10

A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:

The Perfect Host (2010)


Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...


Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi  szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...

Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!

werdykt:
9,25/10


poniedziałek, 5 września 2011

Niektóre dzieci są naprawdę złymi ludźmi... - krótka recenzja i kilka przemyśleń na temat filmu "Hanna" (2011)


Hanna (Saoirse Ronan) jest nastolatką wychowywaną w dziczy. Potrafi świetnie posługiwać się bronią palną, zna rozmaite techniki walki, operuje biegle kilkoma językami. Jak nauczyć się tego wszystkiego z dala od cywilizacji? Wystarczy mieć za ojca byłego agenta CIA. Niestety, taka przeszłość zawodowa ojczulka (Eric Bana) jest też bardzo niewygodnym brzemieniem, zważywszy na fakt, że miał on w przeszłości na pieńku z groźną i stanowczą agentką Marissą Wiegler (Cate Blanchett). Marzeniem ojca Hanny jest niechybna śmierć Marissy Wiegler, dlatego sumiennie szkoli on swoją córkę na perfekcyjnego zabójcę. Z rolą tą Hanna nie ma najmniejszych problemów, jednak kiedy dochodzi do zderzenia nastolatki z cywilizowanym światem współczesnym, okazuje się, że największą przeszkodą w zrealizowaniu mrocznych planów ojca jest utracone dzieciństwo Hanny. Nasza bohaterka próbuje odnaleźć się w świecie, z jakim nie miała jeszcze do czynienia...

Nauczyć się posługiwać kilkoma współczesnymi urządzeniami - to dla Hanny nie problem, ale nadrobić braki w zwykłej komunikacji interpersonalnej, w rozmaitych niuansach relacji międzyludzkich - to może być o wiele trudniejszym zadaniem. Z takimi właśnie refleksjami mamy do czynienia w filmie Hanna, który - bądź co bądź -  utrzymany jest w konwencji kina sensacyjnego. W wielu momentach film ten stara się jednak wymykać nadanej mu konwencji, serwując widzowi niezwykłe, bardzo plastyczne (wręcz przerysowane!) scenografie i ujęcia, którym warto przyjrzeć się przez dłuższą chwilę. Ponadto film zaskakuje świetną ścieżką dźwiękową autorstwa The Chemical Brothers. Powiem wręcz, że udźwiękowienie to jeden z najlepszych elementów tego filmu. Całość wciąga zatem wartką akcją, chwilami mrożącym krew w żyłach napięciem, ale również niekłamanym przesłaniem na temat dzieciństwa i dojrzewania. Kapitalna rozrywka!

werdykt:
8/10

sobota, 20 sierpnia 2011

Groza i melancholia - recenzja książki "Przedświt" autorstwa Chelsea Quinn Yarbro

OCENIAJ KSIĄŻKI PO OKŁADCE
Lubię takie książki. Zaliczyłbym je do kategorii „zapomniane”. Dziwna, niepokojąca okładka, brak streszczenia fabuły na jej tylnej stronie, odległy już rok wydania (1990) i trudności ze znalezieniem jakichkolwiek informacji na temat tej książki w Internecie. Właściwie przed lekturą wiedziałem tylko jedno: W jakimś stopniu powieść ta zalicza się do nurtu fantastyki postapokaliptycznej. Po przeczytaniu tej tajemniczej powieści mogę potwierdzić: Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem literatury postapokaliptycznej, a ponadto z opowieścią, która balansuje na granicy thrillera i dramatu. Czy lektura była warta poświęconego jej czasu? O tym poniżej…


ZASZOKUJ CZYTELNIKA PIERWSZYM ZDANIEM
Przedświt zaskakuje „mocnym” początkiem. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć kilka pierwszych zdań:

Najwięcej ciał leżało w pobliżu silosu i zbiorników, gdzie pod koniec wycofali się obrońcy. Przyparci przez Piratów do Sacramento, zostali wybici do nogi. Wśród kilku ciał Piratów Thea zobaczyła policjanta w wyjściowym mundurze. Gliny w końcu przeszły na drugą stronę…
Ostrożnie, z uwagą poruszała się wśród fetoru rozmemłanych i ograbionych trupów. (…) Wiatr kołysał trupami straszliwie okaleczonych mężczyzn, powieszonych za nogi na latarniach. Były tam również kobiety.
 Jedna z nich jeszcze żyła. Jej nagie zmaltretowane ciało zwisało z połamanej tablicy ogłoszeń. Sznury przytrzymywały jej rozłożone szeroko nogi. Miała wielkie sińce na twarzy i piersiach, zakrwawione uda i brzuch, i była napiętnowana dużą literą M – Mutant.
Kiedy Thea podeszła bliżej, kobieta targnęła się w więzach i wybuchnęła śmiechem, który zakończył się wstrząsającym skowytem.
Nie pozwól, żebym tak skończyła – pomyślała Thea, patrząc na spazmatyczne ruchy bioder. – Nie tak.

Powieść Przedświt od początku rzuca czytelnika na głęboką wodę, nie dając żadnej kamizelki ratunkowej. Wstrząsający początek zapowiada, że nie mamy tu do czynienia z lekką i relaksującą lekturą. Wielu pewnie by to zniechęciło, ale nie mnie. Po solidnym „ciosie w twarz”, jaki stanowią pierwsze zdania Przedświtu, można zacząć powoli zagłębiać się w meandry postapokaliptycznego świata, stworzonego w wyobraźni autorki powieści.

DROGA PRZEZ MĘKĘ?
Thea, czyli bohaterka, którą poznajemy na początku powieści, w trakcie swojej wędrówki po zgliszczach upadłej cywilizacji ludzkiej spotyka przypadkowo Evana Montague, byłego przywódcę bandy Piratów, który cudem uniknął śmierci z rąk swoich pobratymców. Oboje kontynuują podróż po świecie wyniszczonym zarazami, bronią biologiczną i głodem. Celem ich wędrówki jest mityczne miejsce zwane „Złotym Jeziorem”, gdzie podobno znajduje się jedyna ludzka osada, jaka oparła się zdewastowanemu i zdemoralizowanemu do szpiku kości światu. Fabuła powieści Przedświt nie jest zbyt rozbudowana, ale wynika  to przede wszystkim z faktu, że od początku do końca jest to „opowieść drogi”. Podróż, jaką odbywa dwójka głównych bohaterów jest ciekawa przede wszystkim ze względu na to, że przemieszczają się oni po niemal nieznanym świecie, pełnym niebezpieczeństw. Na swojej drodze napotykają brutalnych Piratów, Nietykalnych (ludzi o okropnych zniekształceniach fizycznych, które nastąpiły w wyniku mutacji), stada wygłodniałych psów, przerośniętych pająków, zatrute jeziora, nad którymi unoszą się opary kwasów, opuszczone domy, fabryki i sklepy. Należy jednak dodać, że większość z wymienionych „patentów” spotykana jest w wielu książkach postapokaliptycznych. I tu właśnie zaczynają się wady powieści…

SUMMA SUMMARUM
Przedświt – w moim odczuciu – nie zaskakuje w zasadzie niczym oryginalnym, jeżeli chodzi o wizję postapokaliptycznego świata. Rzecz jasna opinię tą wygłaszam jako zagorzały wielbiciel utworów postapokaliptycznych, który przeczytał już niejedną powieść z tego nurtu, a zatem dla nieobeznanych w tym temacie kwestia oryginalności (lub jej braku) z pewnością nie będzie najważniejsza. W Przedświcie raziło mnie jednak również coś innego: Dość infantylne i dziwne dialogi prowadzone między dwójką głównych bohaterów. Trudno mi to opisać w inny sposób, ale muszę przyznać, że w niektórych rozmowach między Theą i Evanem było coś sztucznego i irracjonalnego, co sprawiało, że ich relacje są jakby… mało autentyczne. Pomijając jednak to subiektywne odczucie warto wrócić do najważniejszych atutów powieści, jakie stanowi klimat i poczucie wyobcowania głównych bohaterów. „Opowieść drogi” przedstawiona w Przedświcie jest właściwie nieustanną przygodą ze światem nieznanym, groźnym i ponurym, ale również światem cichym i opustoszałym. Wędrówki po tym świecie potrafią wzbudzić w czytelniku grozę i niepewność. Nigdy nie wiadomo, co może znajdować się w opuszczonym, zrujnowanym domostwie: wrogo nastawione osoby, zmutowane zwierzęta, a czasem porozrzucane zapasy żywności w postaci przeterminowanych konserw, czy nawet ksiązki i gramofon z muzyką, które są w tym świecie jedynie pozostałością po dawno zapomnianej, wysoko rozwiniętej cywilizacji ludzkiej. Podróż po zdegradowanym świecie bywa bardzo niebezpieczna, ale w tym przypadku jest również niezwykle melancholijna. I dlatego – podsumowując – polecam powieść Przedświt nie tylko fanom postapokalipsy w literaturze, ale również tym wszystkim, którzy chcą taką podróż przeżyć, chociażby oczyma wyobraźni. Przedświt nie jest powieścią szczególnie ambitną, ani literackim arcydziełem, ale czyta się przyjemnie i potrafi dostarczyć niemałą porcję godnych zapamiętania emocji z pogranicza refleksyjnego dramatu i rasowego dreszczowca.

werdykt:
7/10

wtorek, 24 maja 2011

Filmy niedoceniane - "The Cell", czyli "Cela" z 2000 roku

Ponieważ przy okazji recenzji filmu Unthinkable poruszyłem niejako kwestię niedocenianych filmów, dziś chciałbym zaprezentować obraz "Cela", który moim zdaniem można uznać za niedoceniany. Choć film ten liczy sobie już ponad dziesięć lat, naprawdę niewiele się zestarzał i wciąż należy do moich ulubionych thrillerów. 

Jeśli już zdążyła zniechęcić Was twarz Jennifer Lopez, która gra główną rolę w Celi, to muszę naprowadzić Was na właściwą drogę. Nie ma najmniejszego powodu, żeby się zniechęcać! Nie przekreślajcie tego filmu ze względu na J.Lo! Owszem, nie jest ona jakąś genialna aktorką, ale jej rola w Celi wcale nie jest esencją tego filmu (choć nawiasem mówiąc J.Lo naprawdę nie wypadła w tym filmie źle). 

Główną bohaterką filmu jest utalentowana psychoterapeutka Catherine Deane. Przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki przenosi się ona do umysłu szaleńca - seryjnego mordercy, który zabijał piękne, młode kobiety topiąc je w... wybielaczu. Zabijał, dopóki nie zapadł w śpiączkę. Problem w tym, że zanim go złapano zdążył gdzieś ukryć jedną ze swoich ofiar. Jedynym sposobem na zdobycie informacji o położeniu ofiary, która prawdopodobnie żyje, jest wniknięcie do umysłu mordercy. Same technikalia tego procesu wprowadzają zatem do filmu elementy kina science fiction. Poza tym mamy jednak dość ambitne połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. Największym atutem filmu są z pewnością plastyczne wizje obrazujące ponure sny psychopaty. Są nie tylko przerażające, ale również pełne pokręconego artyzmu, mrocznej i zarazem pięknej sztuki. To właśnie sceny rozgrywające się w umyśle szaleńca sprawiają, że o filmie Cela tak łatwo się nie zapomina. I być może te właśnie artystyczne wizje przyczyniły się do (delikatnie mówiąc) niezbyt spektakularnej popularności filmu, bowiem mogły dla szerszej publiczności uchodzić za niezrozumiale lub zbyt poronione (pamiętajmy, że w 2000 roku kino dopiero przygotowywało się na chore wizje w stylu "Piły"). 
W każdym razie jestem przekonany, że Cela ma wielu swoich wielbicieli, a ja z pewnością się do nich zaliczam. A tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości.


werdykt:
8,5/10

czwartek, 19 maja 2011

"Trzymanie za mordę" - recenzja filmu Unthinkable

Unthinkable to film, który niesamowicie mnie zaskoczył. Zaskoczył pozytywnie, żeby wszystko było jasne. 
A zaczęło się niezbyt zachęcająco… Pewien muzułmanin amerykańskiego pochodzenia (w tej roli Michael Sheen) nagrywa kamerą oświadczenie, że skonstruował trzy bomby jądrowe i ukrył je w trzech różnych miastach Stanów Zjednoczonych. Tajne służby wywiadowcze po obejrzeniu nagrania zaczynają wyścig z czasem, bowiem do detonacji bomb zostało tylko kilka dni. Stany Zjednoczone, wojna z terroryzmem, muzułmanin-zamachowiec? Brzmi sztampowo i nieciekawie? Gwarantuję jednak, że tak nie jest. 


Po pierwsze, terrorysta zostaje szybko złapany (ach, te niezawodne amerykańskie służby wywiadowcze!), a za przesłuchiwanie go bierze się niezwykle skuteczny i pozbawiony skrupułów były agent, którego gra Samuel L. Jackson. Wtóruje mu piękna i kompetentna agentka, która z kolei nie może pozbyć się skrupułów, ale za to gra ją Carrie-Ann Moss, znana przede wszystkim z roli w Matrixie.

Niech nie zmyli Was lekki ton, którym posługuję się w tym tekście. Unthinkable nie jest lekką, popcornową rozrywką. Esencją tego filmu jest bowiem gra psychologiczna, jaka toczy się pomiędzy zamachowcem i dwójką przesłuchujących go agentów. Postać grana przez Jacksona to prawdziwy, choć niepozbawiony inteligencji brutal, który otwarcie stosuje okropne tortury podczas przesłuchania, natomiast dla naszej pięknej agentki ważniejsze jest przestrzeganie praw człowieka i humanitarne traktowanie przesłuchiwanego. Ale jak mają się prawa człowieka do zachowania zamachowca, który chce wysadzić w powietrze kilka milionów ludzi? Czy przemoc wobec zamachowca jest czynem dopuszczalnym? Do czego można się posunąć podczas przesłuchiwania tak niebezpiecznego człowieka? Z pewnością nie ma jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. I tak też jest w filmie Unthinkable. Nie ma tu czarno-białych postaci (właściwie każdy z trzech głównych bohaterów nosi znamiona postaci tragicznej), nie ma też prostego podziału na dobro i zło. Pojawia się również pytanie, czy tzw. „mniejsze zło” może być usprawiedliwione w tak dramatycznych okolicznościach, jakie stanowi groźba wybuchu bomb jądrowych. Poza tym w filmie nie brak przemocy, która budzi kontrowersje, nawet pomimo znacznej poprawności twórców filmu w jej ukazywaniu.


Wszystko to składa się na naprawdę ciekawe widowisko, które trzyma widza za mordę i nie chce puścić aż do ostatniej minuty. I mnie również trzymało, o czym może świadczyć chociażby nieodparta chęć napisania tekstu, który właśnie czytacie. Jeszcze jedna sprawa. Wygląda na to, że film Unthinkable można już zaliczyć do produkcji niedocenianych. W Polsce mało kto o nim słyszał, można nawet powiedzieć, że został przemilczany. O ile dobrze mi się wydaje, w naszej mlekiem i miodem płynącej krainie nie było nawet premiery kinowej Unthinkable. A szkoda. Dlatego tym bardziej warto obejrzeć ten film. Polecam i do następnego seansu!

werdykt:
9/10

środa, 9 lutego 2011

Październikowe nieba - recenzja powieści "Anioł śmierci" Alexa Scarrowa

Dziś chciałbym przedstawić książkę w sam raz na ciągle jeszcze chłodne, zimowe wieczory. Jest to powieść, która łączy w sobie takie gatunki jak thriller, horror i kryminał, jednak najprostszym i chyba najbardziej trafnym określeniem będzie pierwsze z nich. A zatem… mamy rasowy thriller!


Miło jest, kiedy wpadnie człowiekowi w ręce taka książka, jak Anioł śmierci. Autor nieznany mi do tej pory w ogóle, tytuł jakby trochę kiczowaty, bo mało oryginalny, okładka robi ogólnie pozytywne wrażenie, a treść książki jest właściwie wielką zagadką. Mała dygresja co do tytułu: jest on raczej rzeczą bardziej marketingową, niż literacką, ponieważ w oryginale brzmi „October Skies”. I właściwie nie potrzeba tu dodatkowego komentarza…

Jak się dowiedziałem z opisu na tylnej części okładki, Alex Scarrow jest byłym gitarzystą rockowym, byłym twórcą gier komputerowych, a obecnie pisarzem i twórcą scenariuszy. No cóż, dla mnie mógłby być nawet księgowym w firmie produkującej środki antykoncepcyjne dla kotów, byle tylko lektura jego książki była warta świeczki.

Głównym bohaterem Anioła śmierci jest Julian Cooke, dokumentalista, kręcący swój kolejny film w niezmierzonych lasach Wyoming. Przypadek sprawia, że odnajduje szczątki starego drewnianego wozu, tzw. conestogi, będącej pozostałością po obozie osadników, którzy zaginęli bez śladu zimą 1856 roku. Była to Wyprawa Prestona, charyzmatycznego przywódcy religijnego. Temat wydaje się naszemu bohaterowi na tyle pasjonujący, że postanawia zgłębić tajemnicę osadników i nakręcić film o ich losach, tym bardziej, że w jego ręce trafia także osobisty dziennik jednego z członków Wyprawy Prestona. Facet nie wie jednak w co się pakuje, bo wydarzenia z 1856 roku skrywają niezwykle mroczną i niebezpieczną prawdę…

Cała powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w połowie dziewiętnastego wieku. Retrospekcja ukazuje nam losy osadników, którzy nie zdążyli przebyć gór Sierra Nevada przed zimą i zmuszeni zostali do rozbicia obozu w lesie, w którym mieli dotrwać do wiosny. Osadnicy rozpoczynają walkę o przeżycie, ale nie są świadomi zagrożenia, z jakim przyjdzie im się zmierzyć.

Celowo nie zdradzam tu szczegółów, żeby nie popsuć nikomu zabawy. A muszę przyznać, że powieść dostarczyła mi naprawdę dobrej rozrywki. W tej historii z pewnością nie brakuje dreszczyku emocji. Czasami przewraca się kartki ze strachem i z fascynacją jednocześnie. Poza tym Anioł śmierci skłania również do refleksji, budując niezbyt przyjemny obraz tego, co może uczynić człowiek pod wpływem fanatyzmu religijnego. Trudno natomiast powiedzieć, czy powieść ma jakieś wady. Jako rozrywka w czystej postaci sprawdza się bowiem świetnie. Uważam jednak, że wątek czysto kryminalny jest trochę za mało wykorzystany i słabo rozwinięty. Odrobinę zawiodło mnie również zakończenie pozostawiające pewien niedosyt, jednak to moje subiektywne odczucie. Autor miał swoją wizję i nie zamierzam z nią polemizować. Poniższa nota jest próbą pewnego zobiektywizowania mojej oceny Anioła śmierci, ale fani dobrych, klimatycznych thrillerów mogą spokojnie dołożyć do tego jeden punkt. Tak czy inaczej, powieść tą polecam Wam z czystym sumieniem.

Moja ocena:
7/10

wtorek, 9 listopada 2010

TRZY SZYBKIE (2)

Dziś proponuję kolejną porcję filmów. I to bardzo zróżnicowanych gatunkowo, a poza tym starałem się wybrać w miarę oryginalny zestaw, w moim przekonaniu zestaw godny obejrzenia. Zapraszam...

Harry Brown (2009)
Gatunek: dramat / sensacyjny
Podobne do: filmów, których motywem przewodnim jest "zemsta"


Michael Caine jako emerytowany wojskowy, który przeżywa osobiste dramaty. Na szpitalnym łóżku umiera jego żona, a najlepszy przyjaciel zostaje zamordowany przez miejskich chuliganów. To drugie zdarzenie jest dla Harry'ego Browna impulsem do działania poza prawem, czyli zemsty. Brzmi mało oryginalnie? Możliwe, ale tak do końca nie jest. Przede wszystkim w zemście Harry'ego Browna nie wszystko jest proste i oczywiste, a na dodatek nic nie przychodzi z łatwością. Film jest ponury, a angielscy chuligani brutalni i zorganizowani wręcz przesadnie, ale spotęgowana dosłowność ich zachowań robi wrażenie. Z pewnością nie jest to zemsta w hollywoodzkim stylu. Fani cyklu "Życzenie śmierci" raczej nie mają tu czego szukać :)

Moja ocena: 8/10

3 Idiots (2009)
Gatunek: obyczajowy / komedia / dramat / romans (do wyboru, do koloru!)
Podobne do: nie wiem, bo nie jestem ekspertem od filmów bollywoodzkich. Ale zapewne podobne do innych filmów bollywoodzkich, choć chyba raczej tych bardziej ambitnych...


Barwna historia trójki przyjaciół, studentów inżynierii. W wyniku wielu perypetii jeden z nich - o imieniu Rancho - zaginął bez śladu. Dwóch najlepszych kumpli ze studiów bezskutecznie poszukuje go od kilku lat, ale wreszcie pojawia się ślad, za którym bez zastanowienia ruszają w drogę pełną przygód. Ale muszę nadmienić, że są to głównie przygody retrospektywne, które wyjaśniają, kim był Rancho i jak doszło do do jego zaginięcia. Fabuła ogólnie rzecz biorąc jest bardzo ciekawa, muzyka w filmie robi równie dobre wrażenie. "3 Idiots" to bardzo pogodny film, pełen scen zabawnych i wzruszających, a nawet romantycznych. Moim zdaniem świetna alternatywa dla przewidywalnych, pustych, drętwych i nieśmiesznych komedii romantycznych rodem z Hollywood, albo nawet z Hollyłódź ("Tylko mnie kopaj" i inne tego typu brednie). Szczerze polecam "seans we dwoje"!

Moja ocena: 9/10

Black Death (2010)
Gatunek: historyczny / fantasy / przygodowy / dramat / thriller / horror (tu również "do wyboru, do koloru". Ale w bardziej mrocznych odcieniach)
Podobne do: sam nie wiem... Może odrobinę do polskiego Wiedźmina, ale na lepszym poziomie realizacji.


Akcja filmu Black Death toczy się po wybuchu epidemii dżumy w średniowiecznej Anglii. Ludzie masowo umierają w miastach, epidemia przenosi się także na wioski. Ale gdzieś tam krążą pogłoski o osadzie, której nie dotknęła dżuma. Mało tego, zmarli ludzie w tej wiosce przywracani są do życia w jakichś tajemnych, pogańskich obrzędach. Na poszukiwanie tej osady wyrusza ekspedycja (niemalże krucjata) wysłana przez biskupa, złożona zarówno z prawych rycerzy, jak i morderców i rzezimieszków. Celem ekspedycji jest schwytanie nekromanty, a tym samym zakończenie jego bluźnierczych obrzędów. Przewodnikiem wyprawy staje się młody mnich, który zgłasza się do niej na ochotnika, mając na uwadze swój prywatny cel, zupełnie niezwiązany z przeznaczeniem misji... Ten tajemniczy film zachwycił mnie nie tylko ciekawą fabułą, ale również posępnym klimatem. Świetną rolę zagrał w nim Sean Bean i jest to chyba jedyny znany szerszej publiczności aktor występujący w Black Death. Dużą zaletą obrazu jest strona wizualna, ponieważ jest to udana produkcja telewizyjna, a nie kinowa. Przez to Black Death wygląda nie tylko mrocznie, ale również autentycznie, a w każdym razie bardzo odmiennie od hollywoodzkich produkcji, prezentujących z reguły epokę średniowiecza w sposób sztuczny, pełen płytkiego patosu. Zakończenie filmu skłania widza do głębszej refleksji, co tylko podnosi wartość tego dzieła. Bez dwóch zdań polecam! 

Moja ocena: 10/10