RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi Thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi Thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ

środa, 3 sierpnia 2011

"Inwazja. Bitwa o Los Angeles": Film o inwazji - recenzja ku przestrodze

Inwazja kosmitów na planetę Ziemia to temat klasyczny dla filmowej (i nie tylko) science fiction. Obecnie wydaje się, że temat ten został już w kinie porządnie wyświechtany. I w zasadzie tak jest, choć o tym, że inwazja kosmitów może być jeszcze nośnym pomysłem, przekonali mnie ostatnio twórcy filmu Dystrykt 9. Być może z tego powodu podjąłem się ostatnio obejrzenia filmu Inwazja. Bitwa o Los Angeles, jednakże - delikatnie mówiąc - obraz ten nie dostarczył mi tak pozytywnych wrażeń, jak wspomniany Dystrykt 9.


A zatem... Kosmici po raz kolejny urządzają nam inwazję. Powód owej inwazji jest raczej bzdurny. Chcą naszej wody. Woda jest dla nich głównym paliwem, więc rozglądali się w kosmosie za planetą, na której wody jest pod dostatkiem. I masz ci los... Trafiło na na Los... Angeles. Niby zaatakowali całą planetę, ale widz zmuszony jest akurat do oglądania poczynań amerykańskich żołnierzy stacjonujących w pobliżu Miasta Aniołów. A poczynania te przypominają czasami do złudzenia sceny z filmu Helikopter w Ogniu. Zresztą pomysłów zaczerpniętych z innych filmów tu nie brakuje. Podczas oglądania Inwazji... na myśl przychodzą również takie tytuły jak Dzień Niepodległości (elementy patosu) i Dystrykt 9 (trzęsąca się momentami kamera). 

Zerżniętych pomysłów tu nie brakuje, brakuje natomiast jakiegokolwiek przejawu oryginalności. Razi przede wszystkim nieciekawy wygląd i zachowanie kosmitów (chyba za bardzo przypominają ludzi), a także wygląd ich pojazdów powietrznych i naziemnych, ponadto wkurzają absurdy i luki w scenariuszu. Ot, chociażby taka historyjka: W pewnej scenie główny bohater wraz z zupełnie przypadkowo napotkaną kobietą - lekarzem weterynarii (co za zbieg okoliczności!), badają ciało dogorywającego kosmoluda, żeby znaleźć jego słaby punkt (czytaj: w co mają potem strzelać). Po kilku nieudanych próbach znalezienia wrażliwego organu w końcu trafiają na jakąś galaretę, której przebicie powoduje definitywne wyciągnięcie kopyt przez wrogą istotę. I wtedy główny bohater wygłasza mniej więcej takie słowa: To jest ich słaby punkt! Ten organ znajduje się trochę po prawej stronie od miejsca, gdzie byłoby ludzkie serce! Marines! Strzelajcie tak trochę po prawej stronie od miejsca, gdzie byłoby ludzkie serce!  No dobra, trochę przesadziłem z tym tekstem, bo nie był w rzeczywistości aż tak infantylny, ale sens jest mniej więcej ten sam. Poza tym oczywiście pojawia się motyw "statku - matki", który wystarczy rozp... zniszczyć, a jaskółka wiktorii od razu ukaże swoje oblicze.

W filmie Inwazja. Bitwa o Los Angeles po prostu wieje nudą, sztampą i brakiem polotu, doprawionych nijakością i ogólną miernotą. Niby kosmoludy są bezwzględne, niby trup ściele się gęsto (choć nie do końca to widać), niby widzimy ludzką cywilizację na skraju rozpadu, ale emocji w tym jakoś brakuje. Na dodatek efekty specjalne - jak na tego rodzaju film - są dosyć oszczędne (co nie znaczy jednak, że złe). Zatem nie polecam tego "dzieła" właściwie nikomu, no chyba, że ktoś uwielbia wyłapywanie w filmach scenariuszowych absurdów i nielogiczności. To wtedy owszem, warto... Wybaczcie, że nie zamieściłem przykładowych kadrów z filmu, ale w tym przypadku raczej nie ma po co.

werdykt:
3/10

wtorek, 10 maja 2011

"Kod Nieśmiertelności", tudzież "Kod Źródłowy" - recenzja filmu

W związku z polską premierą filmu "Kod Nieśmiertelności" i moją wizytą w kinie na tym właśnie filmie postanowiłem podzielić się z Wami swoimi wrażeniami po seansie. A wrażenia były jak najbardziej pozytywne, ale po kolei...

Reżyserem Kodu Nieśmiertelności (tytuł originalny: Source Code) jest Duncan Jones, który dopiero rozpoczyna swoją karierę, ale ma już na koncie film Moon (2009 r.). Tym, którzy widzieli Moon nie trzeba rekomendować nowej produkcji Duncana Jonesa. A tym, którzy nie wiedzą o co chodzi śpieszę z wyjaśnieniami. Moon jest świetnym - pomimo niewielkiego budżetu - filmem science fiction, który klimatem, fabułą i ambitnym podejściem do tematu bije na głowę niejednego Avatara. Zainteresowanych odsyłam do recenzji Moon na portalu Filmweb.

Bohaterem Kodu Nieśmiertelności jest kapitan Colter Stevens (gra go Jake Gyllenhaal), który budzi się w pociągu i nie wie, jak się tam znalazł. Na domiar złego, ma nawet wątpliwości co do swojej tożsamości. Dokumenty znalezione w kieszeni należą do zupełnie innego człowieka, najwyraźniej tego, którego z przerażeniem widzi w lustrze, patrząc na swoje odbicie. Po ośmiu minutach i nieudanych próbach wyjaśnienia tajemniczej sytuacji, w jakiej się znalazł, Colter Stevens... umiera - wraz ze wszystkimi pasażerami - w wyniku eksplozji pociągu. Potem jednak następuje moment przebudzenia naszego bohatera w jakiejś dziwnej, klaustrofobicznej kapsule, gdzie chłopina dowiaduje się, że bierze udział w tajnym eksperymencie rządowym o nazwie "Kod Nieśmiertelności". Eksperyment ten pozwala na wejście w ciało innego człowieka, a w tym przypadku wejście w ciało jednego z pasażerów pociągu i odtworzenie "zapisu" ostatnich ośmiu minut jego życia, aby znaleźć zamachowca, który podłożył bombę w tym pociągu. Stevens zostaje zatem wysyłany niejako w przeszłość i niejednokrotnie "przeżywa" swoją śmierć. No cóż... Osiem minut to cholernie mało, żeby zidentyfikować  zamachowca. Poza tym z każdą kolejną "wizytą" w ośmiu ostatnich minutach życia Stevens nabiera dziwnych podejrzeń, w czym "pomagają" mu omamy wzrokowe. Czy na pewno nie da się uratować pasażerów tego pociągu? Zamach już nastąpił, a on przenosi się faktycznie nie do przeszłości, a jedynie do kodu źródłowego pochodzącego z pamięci jednej z ofiar katastrofy. Co jednak stanie się w przypadku powstrzymania zamachowca na czas? Gdzie i kiedy znajduje się kapsuła, w której uwięziony jest Stevens? Czy utworzy się jakaś alternatywna rzeczywistość, inny bieg czasu? Wreszcie - która z rzeczywistości postrzeganych przez niego jest tą prawdziwą?

Te pytania głównego bohatera skłaniają widza do refleksji nad kwestią rzeczywistości, którą postrzegamy. Czy jest to rzeczywiście prawdziwy świat, czy tylko iluzja? Podobne kwestie poruszał niegdyś Matrix, ale proszę się nie obawiać, Kod Nieśmiertelności nie jest jego kalką. Kod Nieśmiertelności to sprawnie zrealizowany film science fiction, w którym nacisk położono nie na widowiskowe efekty specjalne i nieustanną akcję, ale przede wszystkim na wciągającą fabułę. I muszę przyznać, że ten fakt pozytywnie mnie zaskoczył, mając przecież na uwadze niekwestionowaną hollywoodzkość tej produkcji. Z pewnością jest to odpowiedni film dla fanów skomplikowanych zagadek, podróży w czasie i niespodziewanych zwrotów akcji, tudzież dla miłośników kina w stylu zeszłorocznej Incepcji. Przystaję za tym, że jest to kino rozrywkowe, ale dla inteligentnego widza, nawet pomimo kilku zgrzytów i niedorzeczności, jakie da się wyłowić w fabule Kodu Nieśmiertelności. Na minus należy zaliczyć również wyidealizowany i dość infantylny wątek miłosny, ale nie jest on przecież tematem przewodnim tego filmu (co może być z kolei wadą dla szerokiego grona widzów piękniejszej z płci). Więc wybaczam twórcom wszelkie drobne potknięcia i wystawiam wysoką notę.
A wszystkim zainteresowanym polecam obejrzenie Kodu Źródłowego (bo tak powinien brzmieć tytuł tego filmu).

moja ocena:
7,5/10

czwartek, 20 stycznia 2011

Kosmiczna katastrofa i archeologia obcych cywilizacji

Tym razem zapraszam na wizytę w naprawdę odległych światach, do których przenosi czytelników powieść Jacka McDevitt’a, zatytułowana Boża Klepsydra. Jednak zanim przejdę do konkretów, muszę napomknąć nieco o autorze (bez obaw - nie będzie nudnego życiorysu).


Z twórczością McDevitta zetknąłem się już dobre parę lat temu, przy okazji lektury jego wcześniejszych powieści, zatytułowanych odpowiednio Brzegi zapomnianego morza, Boża maszyneria oraz Droga do wieczności. Wrażenia po ich przeczytaniu były różne, jednak jedno jest pewne: McDevitt pisze rasowe powieści science fiction, żeby nie rzec nawet hardcore’owe science fiction. Brzegi zapomnianego morza strasznie mnie zanudziły, Bożą maszynerią byłem wprost zachwycony, a Droga do wieczności jest jedną z ciekawszych powieści postapokaliptycznych, jakie czytałem. W sumie, trochę taki rozrzut emocjonalny. Ale z uwagi na pozytywne emocje towarzyszące mi podczas lektury książek McDevitt’a bez cienia żalu i zająknięcia wydałem ok. 20 zł na Bożą klepsydrę, która – jak się wcześniej dowiedziałem – stanowi luźną kontynuację wspomnianej „Maszynerii”. Czy było warto? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna…

Akcja Bożej klepsydry rozgrywa się w 2223 roku, i jest skupiona na wydarzeniach dziejących się wokół planety Maleiva, zwanej w realiach powieści także jako Deepsix. Planeta ta ma przestać istnieć za trzy tygodnie, w wyniku kosmicznego zderzenia z planetą Morgana. I w zasadzie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale – jak na ironię – Deepsix jest jedną z nielicznych planet, na której człowiek odkrył życie. Odkrył, ale niestety nie zdążył dokładnie zbadać, bowiem na kilka tygodni przed zderzeniem planet naukowcy odnaleźli na Deepsix prastare ruiny i artefakty po obcej cywilizacji. Specjalna wyprawa naukowców, którym przewodzi pilot Priscilla Hutchins, udaje się na planetę w poszukiwaniu wszelkich śladów pozostałych po rozumnej cywilizacji i rzecz jasna, zabrania stamtąd jak największej ilości „pamiątek”. W wyniku niefortunnego splotu wypadków dwa lądowniki, którymi dysponuje ekspedycja, zostają zniszczone, a wahadłowce krążące wokół planety są typowymi statkami międzygwiezdnymi, w ogóle nieprzystosowanymi do wejścia w atmosferę. Naukowcom nie pozostaje nic innego, jak znaleźć sposób na wydostanie ekspedycji z Deepsix. Sama ekspedycja zaś musi stawić czoła nie tylko tajemniczej historii rasy zamieszkującej przed laty tą planetę, ale także niebezpieczeństwom ze strony tamtejszej flory, fauny i niesprzyjającym warunkom klimatycznym, które na domiar złego ciągle się pogarszają, na skutek nieuchronnego zbliżania się planety Morgana.

Tak zarysowana fabuła powieści zapowiada naprawdę ciekawą rozrywkę, jednak w cieszeniu się odkrywaniem tajemnic Deepsix przeszkadzało mi kilka czynników. Po pierwsze, książka ma jakieś 520 stron, co oczywiście wadą nie jest, ale odniosłem wrażenie, że akcja zaczęła mnie naprawdę intrygować dopiero po przeczytaniu… ok. 300 stron. A przez te 300 stron było po prostu średnio. W mojej ocenie przyczyną takiego stanu jest zbyt duża liczba bohaterów (drugo i trzecioplanowych), która przeszkadza w utożsamianiu się z najważniejszymi postaciami w powieści, a także częste przeskakiwanie między kilkoma miejscami akcji. Ten drugi argument podyktowany jest chyba jednak chęcią autora, aby kosmiczną katastrofę i akcję ratowniczą przedstawić w sposób jak najbardziej prawdopodobny (a nawet realistyczny). Nie brakuje natomiast dramaturgii, która nieustannie towarzyszy poczynaniom ekspedycji na Deepsix. Może nawet jest tej dramaturgii zbyt wiele, ale z drugiej strony, jest to jednak dość specyficzne science fiction, bo mające wiele znamion powieści katastroficznej. Poza tym powieścią nie powinni być zawiedzeni wielbiciele „archeologii odległych planet i cywilizacji”, bo jest to jeden z głównych motywów przewijających się w Bożej klepsydrze (jak również jeden z głównych motywów występujących w całej twórczości Jacka Mcdevitt’a).

Na koniec krótkie podsumowanie w stylu „Wujka Dobra Rada”. Powieści Boża klepsydra nie muszę rekomendować fanom twórczości Jacka McDevitt’a, bo pewnie i tak się na nią „rzucą” bez większego zastanawiania. I raczej nie będą zawiedzeni. Osobom, które i tak książki science fiction nawet kijem nie ruszą, rekomendować nie ma sensu, bo akurat ta książka nie przekona ich do tego gatunku. Natomiast tym, których kręci dobre sci-fi, polecam raczej wcześniejszą powieść McDevitt’a, zatytułowaną Boża maszyneria. Wydaje mi się, że powieść ta jest pozbawiona wymienionych prze ze mnie wad „Klepsydry”. Co zaś tyczy się całokształtu twórczości autora, polecam ją tym, których zainteresował pomysł pisania o archeologii nieznanych, obcych cywilizacji. Mnie sam ten pomysł niezwykle zainteresował i mogę nawet powiedzieć, że chciałbym być jego propagatorem. I jako taki polecam wszystkim twórczość McDevitt’a, choć nadmieniam, że poniższa nota dotyczy oczywiście tylko powieści Boża klepsydra.

Moja ocena: 
6/10

DODATKOWO: Poniżej prezentuję inne okładki godnych polecenia książek Jacka McDevitt'a. A Bezkresny ocean, o którym nie wspomniałem w tekście, stoi na półce i dopiero czeka w kolejce na przeczytanie. Oczywiście książek tego pisarza jest znacznie więcej, ale nie czas i miejsce... A zwłaszcza czas, którego często brakuje na takie przyjemności :)

 

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

INCEPCJA

Z grubsza tydzień po premierze filmu Incepcja zabieram się w końcu do jego krótkiej oceny. Tuż po wyjściu z kina zaryzykowałem w myślach twierdzenie (a zarazem postanowienie), że oto właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, iż jestem fanem filmów Christophera Nolana. Dla niewtajemniczonych wymieniam najważniejsze tytuły filmów tego reżysera: Memento, Prestiż, Bezsenność, Batman Początek, Mroczny Rycerz. No i oczywiście najnowsze dzieło, czyli rzeczona Incepcja

Nie będę się tu wdawał w szczegółowe opisywanie fabuły filmu, bo największą przyjemnością jest odkrywanie jej samemu. Ale mała dawka informacji się przyda. Incepcja jest z pozoru thrillerem science fiction, którego akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, kiedy możliwe jest ingerowanie w ludzkie sny. Zazwyczaj jest to wykorzystywane nielegalnie, aby np. wykraść jakąś informację z głębi ludzkiego umysłu. Celowo napisałem "z pozoru thriller...", ponieważ właściwie jest to film typu skok na bank (tzw. heist), z tą różnicą, że bankiem jest w tym przypadku ludzki umysł, a ponadto nie trzeba go akurat okraść, ale coś w nim zostawić (czyli zasiać jakąś ideę). Ale aby tego dokonać, trzeba nieszczęsną ofiarę załatwić tak, żeby nie wiedziała, że ktoś w jej umyśle grzebie. Bohaterowie filmu, na czele których stoi Dom Cobb (Leonardo DiCaprio) posiadają wszelkie niezbędne technikalia i zdolności potrzebne do włamania się do czyjegoś snu, ale na ich drodze pojawiają się także niespodziewane komplikacje. Ale mniejsza z tym. Liczy się fakt, że intryga jest pierwszorzędna. Mamy w filmie takie sytuacje, w których bohaterowie zasypiają, odnajdują się w czyimś śnie, po czym zasypiają w nim, aby znaleźć się w śnie we śnie. Ale to dopiero początek. Potem jest sen we śnie, we śnie oraz sen we śnie, we śnie, we śnie. A nawet jeszcze więcej... Dlatego film trzeba oglądać uważnie, żeby nie zgubić się w poszczególnych warstwach snów. Czasami nawet zdarzyło mi się zwątpić, czy cały ten skok na umysł nie jest tylko snem głównego bohatera. I właśnie w tym całym zagmatwaniu tkwi największa siła Incepcji i jej potencjał. Skojarzenia z utworami literackimi Philipa K. Dicka są tu jak najbardziej na miejscu. Incepcja nie jest kolejnym głupim, efekciarskim, hollywoodzkim filmem. Owszem, jest efekciarska i hollywoodzka, ale to tak raczej przy okazji. Ale w żadnym wypadku nie jest głupia. To inteligentne i trzymające w napięciu widowisko, które wszem wobec polecam. 

Co do mojej oceny cyferkowej, to dałbym nawet dziesiątkę, ale czegoś mi subiektywnie zabrakło do tego... Dziesiątkę zarezerwowałem natomiast dla Prestiżu, czyli wcześniejszego filmu Nolana :) 


moja ocena:
9,5/10

wtorek, 25 maja 2010

TRZY SZYBKIE

Ponieważ obejrzanych filmów jest cała masa i ciągle przybywa, proponuję krótkie recenzje w cyklu „TRZY SZYBKIE”. Nie zamierzam w ten sposób prezentować wszystkich dzieł (czy to filmowych, czy książkowych), ale taka forma skrótowa od czasu do czasu się pojawi…

Pandorum (2009)
Gatunek: thriller/sci-fi
Podobne do: wszystkie części „Obcego”, Event Horizon


Kolejny film z cyklu „kosmiczny statek - widmo”. Widać, że nie jest to wysokobudżetowa produkcja, ale potrafi zaskoczyć dość ciekawym scenariuszem. Dwóch facetów budzi się  w kapsułach hibernacyjnych na opuszczonym (choć tylko pozornie) statku kosmicznym. Nie wiedzą co się stało i czeka ich wiele (niekoniecznie przyjemnych) przygód, w tym nadludzko silni kanibale. Skąd wzięli się na statku?... Poza tym zaskakujące zakończenie Pandorum zasługuje na uznanie, choć odniosłem wrażenie, że nie obyło się bez kilku scenariuszowych nielogiczności. Film raczej tylko dla fanów tego rodzaju produkcji/gatunków.

Moja ocena: 7/10


Edge of Darkness – Furia (2010)
Gatunek: kryminał/thriller
Podobne do: The Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy, Reguła, Tortured i wiele innych…


Mel Gibson powraca jako detektyw, który na własną rękę szuka zabójcy swojej córki. Tego rodzaju historie widzieliśmy już wiele razy. Niestety Edge of Darkness nie zaskoczy nas niczym nowym. Mało oryginalna fabuła powtarza schemat wielu filmów hollywoodzkich, ale mimo tego film oglądało się dość przyjemnie i bezboleśnie. Z tym, że wysokiej noty „Furii” nie wystawię.

Moja ocena: 5/10


…A na koniec – perełka tego zestawu…

The Descent – Zejście (2005)
Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza mają oczy, Wrong Turn (Zły skręt)

Grupka kobiet (w tym jedna po dramatycznych przejściach) schodzi do jaskiń, których próżno szukać na mapie. Rekreacyjna przygoda zmienia się powoli w koszmar. Początkowo straszą klaustrofobiczne tunele i wąskie przesmyki, ale im dalej brną nieświadome niczego kobiety, pojawiają się kolejne niebezpieczeństwa, których najgorszym ucieleśnieniem są dziwne, jaskiniowe istoty. Brzmi mało oryginalnie? Owszem. Ale ten horror ma dużą zaletę, a mianowicie - STRASZY. A to jest chyba w horrorach najważniejsze, nieprawdaż? Od czasu, kiedy obejrzałem „Rec” (a ostatnio także „Paranormal Activity”), żaden horror nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Zejście. Co najmniej 2/3 czasu trwania filmu oglądałem go z wypiekami na twarzy, a to oznacza, że mi się podobało. W sumie duże zaskoczenie. Tak duże, że zastanawiałem się nawet nad oceną 10/10. Ale ponieważ – koniec końców – nie jest to dzieło epokowe, dam jedno „oczko” mniej.




Moja ocena: 9/10



poniedziałek, 10 marca 2008

EVENT HORIZON - UKRYTY WYMIAR (reż. Paul Anderson)

STATEK-WIDMO W KOSMOSIE

"Event Horizon" (czyli po polsku "Horyzont Zdarzeń"), to nazwa eksperymentalnego statku kosmicznego, wyposażonego w prototypowy "napęd grawitacyjny". Statek ten w roku 2040 wyrusza w kosmos w celu zbadania granic Układu Słonecznego - oficjalnie. Nieoficjalnie zaś jego celem jest sprawdzenie działania owego napędu grawitacyjnego, dzięki któremu można osiągnąć prędkość nadświetlną, poprzez załamanie przestrzeni kosmicznej (takie tam kosmiczne ple, ple, ple). Statek ten dotarł w okolice Plutona, po czym ślad po nim zaginął i utracono jakikolwiek kontakt z załogą. Oficjalne informacje mówią, że Horyzont Zdarzeń eksplodował w wyniku krytycznej awarii, jednak tak naprawdę nie wiadomo co się z nim stało. W celu zbadania tej zagadkowej katastrofy, siedem lat później na orbitę Plutona wyrusza statek kosmiczny „Lewis & Clark". Jego misja właściwie jest skazana na sukces, bo w rolę kapitana tego statku wciela się Lawrence Fishburne, zaś jego naukowym pomagierem jest Sam Neill (znany chociażby z "Parku Jurajskiego"). Rzeczywistość okazuje się jednak dość brutalna, bowiem znajdujący się na orbicie Plutona opuszczony wrak Horyzontu Zdarzeń skrywa w sobie tak przerażającą tajemnicę, że nawet Lawrence Fishburne niewiele tu może zaradzić ;)

POLISH TRANSLATION SUCKS!

Nie żebym się nabijał z fabuły tego filmu (bardzo lubię takie historie "mrocznych tajemnic z kosmosu"), ale trochę zawiodłem się zakończeniem, czyli wyjaśnieniem owej przerażającej tajemnicy. A poza tym ten film jest jednak dość sztampowy. Jest to połączenie thrillera z science fiction i jako takie zapowiada się nad wyraz ciekawie. Jednak jak już wspomniałem zakończenie mogłoby być bardziej ... wyrafinowane. Nie chcę nikomu odbierać przyjemności z oglądania tego filmu, bo jest to dość lekko i przyjemnie spędzone półtorej godziny czasu. Koniec końców film ten oceniam jednak pozytywnie. Nagrany jest bardzo poprawnie, a efekty specjalne w nim użyte, wbrew pozorom nie zestarzały się tak bardzo od 1997 roku (czyli od daty premiery Horyzontu Zdarzeń). Zastanawia mnie tylko jedno. Czemu według polskiego tłumaczenia ten film nosi tytuł "Ukryty Wymiar"? Moim zdaniem taki tytuł psuje (przynajmniej częściowo) zabawę z odkrywania tajemnicy „kosmicznego statku-widma” już na samym początku… No ale to już kwestia samego tłumaczenia. Moja ocena filmu jest i tak dość wysoka, a znajduje się poniżej (w skali 1-6 oczywiście).