RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Krótka recenzja ku przestrodze - Silent Hill: Apokalipsa (3D)

Kiedy w 2012 r. dowiedziałem się o nadchodzącej premierze filmu Silent Hill: Revelation, znanego w naszym kraju jako Silent Hill: Apokalipsa, wiedziałem już, że nie ma co liczyć na zachowanie poziomu Silent Hill'a z 2006 r. Nie spodziewałem się jednak, że może być aż tak źle... 


Nie ma co owijać w bawełnę - Silent Hill: Apokalipsa to zły film. Jest próbą ekranizacji trzeciej części znanego z konsol i PC survival horroru, ale z fabułą gry ma niewiele wspólnego. Wspólnym elementem jest tu z pewnością postać Heather, którą w snach wzywa do siebie tytułowe, zamglone miasteczko. Odtwórczyni roli Heather, czyli niejaka Adelaide Clemens nie jest może najlepszym wyborem, jeżeli chodzi o podobieństwo do cyfrowej Heather, jednak obsada na tle innych elementów filmu wypada całkiem znośnie. Aktorzy nie mieli tu jednak pola do popisu. Zostali wpisani w ramy potwornie słabego scenariusza, który z enigmatycznego klimatu gier (i filmu z 2006 roku) zrobił chaotyczną sieczkę skierowaną nie wiadomo do kogo. Bo ani nie do fanów serii gier, ani do fanów pierwszej części filmu, ani nawet do fanów horrorów jako takich. W moim wyobrażeniu widz, który dobrze bawił się na seansie Silent Hill: Apokalipsa, jawi się jako osoba zupełnie pozbawiona mózgu (chyba, że jest masochistą).

Pierwsze 20-30 minut filmu można nawet jakoś znieść, bo jest to w końcu wprowadzenie do historii. Jednak później jest już tylko pozbawiony sensu i klimatu bełkot, nagromadzenie zbyt dużej ilości tandetnych "scen akcji", wypełnionych (wątpliwej jakości) efektami specjalnymi. Już nawet pierwszemu kinowemu Silent Hill'owi wielu krytyków zarzucało zbytnią dosłowność w sposobie przełożenia gry komputerowej na duży ekran, ale w mojej ocenie jest to film nakręcony w dobrym guście, będący powiewem świeżości w horrorowym światku, z kapitalnym, zachowującym melancholijny klimat japońskich gier zakończeniem. Tymczasem taki gniot jak SH: Apokalipsa w ogóle nie powinien powstać. A jednak powstał. Jak się domyślam powodem tego są pieniądze, jakie można było wycisnąć ze znanej marki, kojarzonej z dobrym horrorem. Trudno mi znaleźć jakieś znaczące plusy tego filmu, ale jakbym miał jakieś wskazać, to ewentualnie byłyby to nieliczne, ciekawe scenografie. 

Rzadko się zdarza, że po 45 minutach mam nieprzemożną ochotę wyjść z kina / wyłączyć film i najlepiej zapomnieć o zmarnowanych trzech kwadransach. SH: Apokalisa obejrzałem jednak do końca, chyba tylko po to, żeby upewnić się w przekonaniu, że to jeden z najgorszych filmów jakie widziałem w zeszłym roku (a może nawet w ostatniej dekadzie?). Niech ten tekst będzie dowodem, że SH: Apokalisa wymęczyłem również po to, aby przestrzec innych przed tym "dziełem". Na koniec jak zwykle moja ocena w skali 1-10, którą wystawiam z nieukrywaną przykrością, ale też z pełnym przekonaniem.


werdykt:
/10

czwartek, 24 maja 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 6): The Avengers, Kronika, Kobieta w Czerni, The Silent House (La Casa Muda)

W kolejnym odcinku recenzji filmowych z cyklu "TRZY SZYBKIE" zapraszam tym razem na CZTERY krótkie teksty o filmach, tak żeby było "śmieszniej". Jest również inny powód dla akurat czterech, a nie trzech recenzji, bowiem mam tu dwa ciekawe zestawienia. Najpierw rzecz o superbohaterach: z jednej strony wyidealizowana wersja życia "superheroes" przedstawiona w The Avengers, z drugiej zaś strony zderzenie supermocy z brutalnym, ale prawdziwym życiem w Kronice. Oba filmy są godne uwagi, ale ja daję pół punktu więcej dla Kroniki, głównie ze względu na świeże podejście do tematu. W drugim zestawieniu proponuję dwa bardzo dobre horrory, z pozoru różne od siebie (poziom i sposób realizacji), ale w istocie bardzo do siebie zbliżone, a to za sprawą elementu, który należy chyba nazwać "przesłaniem". W moim odczuciu minimalnie lepszy jest (urugwajski!) The Silent House (La Casa Muda), ale przecież każdy może tu mieć zupełnie odmienne zdanie... 

The Avengers (2012) reż. Joss Whedon
gatunek: science fiction / akcja / adaptacja komiksu
podobne do: Iron Man, Thor, Captain America, Hulk, itp.
o czym: Do zekranizowanych wcześniej, wyżej wymienionych superbohaterów dołącza Czarna Wdowa i Sokole Oko (Hawkeye), aby zmierzyć się z poważnym zagrożeniem dla istnienia całej ludzkości. Wrogiem numer jeden jest przyrodni brat Thora, czyli Loki i zastępy humanoidalnych robali z kosmosu. Zanim jednak grupa zwana The Avengers stawi czoło przeciwnikom, musi sama się pozbierać, co nie jest wcale łatwe.
czy warto obejrzeć? Pozycja obowiązkowa dla fanów marvelowskich komiksów, ale również dla wszelakich miłośników akcji upstrzonej humorystycznymi dialogami i powalającymi efektami specjalnymi. Pomimo pewnych fabularnych naiwności i kilku dłużyzn wydaje mi się, że Hollywood znalazł ostateczną receptę na filmy o superbohaterach. Daję również plus za niezłe efekty 3D, choć nie jestem zwolennikiem tej technologii w obecnym "kształcie". 
werdykt:  /10


Kronika (2012) reż. Joshua Trank
gatunek: science fiction / akcja / dramat
podobne do: trochę na wyrost - Carrie, Push 
o czym: Jak zdobyć moc superbohatera? Trzeba trafić do odpowiedniej jamy w ziemi i to dosłownie. Udało się to trzem przyjaciołom, którzy posiedli nadnaturalne, niezwykle potężne zdolności (telekineza, latanie itp.). Okazuje się jednak, że samo posiadanie takich mocy nie czyni z człowieka praworządnego herosa, ani też arcyłotra w kolorowym trykocie. Sprawa jest znacznie bardziej złożona...
czy warto obejrzeć? Kronika jest jedną z najciekawszych kinowych pozycji sci-fi tego roku. Mamy tu charakterystycznego głównego bohatera, który jest postacią dramatyczną (z czasem staje się antybohaterem). Bardzo efektowne pokazy wykorzystania supermocy idą w parze z wyraźnie zarysowanym tłem psychologicznym. Czyli w skrócie: rozpierducha na ekranie z chwilą na refleksję. Brawa za efekty specjalne i ciekawą kulminację historii.
werdykt:  8,5 /10


Kobieta w Czerni (2012) reż. James Watkins
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom"
o czym: Młody notaiusz Artur Kipps przyjeżdża do małego, przytłaczającego miasteczka, w którym ma zająć się sprawami spadkowymi nieżyjącej już właścicielki pewnego starego domostwa.  Legendy głoszą, że w pobliżu posiadłości pojawia się kobieca postać ubrana na czarno, co zawsze zwiastuje śmierć jakiegoś dziecka. Scenariusz niby oklepany, ale...
czy warto obejrzeć? Kobieta w Czerni to naprawdę solidna propozycja dla miłośników nastrojowych filmów grozy. Film wręcz ocieka mrocznym, gotyckim klimatem i pomimo niezbyt oryginalnej fabuły potrafi przykuć widza do ekranu dzięki umiejętnie budowanemu napięciu. Oglądane sceny niejednokrotnie sprawiają, że dreszcz przechodzi po plecach. Na uwagę zasługuje również fakt, że film stara się przemycić niegłupie przesłanie, nie czyniąc tego w nachalny i oczywisty sposób.
werdykt:  /10



The Silent House (2010) reż. Gustavo Hernández
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom" i nie tylko
o czym: Pewna dziewczyna przybywa wraz ze swoim ojcem do starego domu położonego na odludziu, w celu przeprowadzenia remontu zaniedbanej nieruchomości. Jednak zanim oboje zdążą tego dnia zasnąć, zacznie się koszmar. Ktoś (lub coś) próbuje odizolować naszą bohaterkę od rzeczywistości i pozbawić ją zmysłów... Albo ma zupełnie inny, nieodgadniony cel. W tej historii nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
czy warto obejrzeć? Pomimo (pozornie) sztampowego motywu ze starym domem okazuje się, że od początku filmu widz zostaje rzucony na głęboką wodę. Niezależność tej produkcji i jej niekomercyjny charakter pozwoliły twórcom na wykreowanie co najmniej kilku scen grozy, które ocierają się o geniusz. The Silent House naprawdę potrafi przestraszyć, nawet lepiej niż niejeden wysokobudżetowy horror. Moja ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie druga, słabsza połowa filmu. Napięcie trochę siadło, większość tajemnic się wyjaśniła. Pozostał pewien niedosyt, ale i tak polecam The Silent House - to świetny (urugwajski!) horror.
                                                                   werdykt:  7,5 /10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ

wtorek, 10 kwietnia 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 5): John Carter, The Awakening, Najczarniejsza Godzina


John Carter (2012)
gatunek: science fiction / przygodowy
podobne do: Avatar 
o czym: Ekranizacja klasycznej powieści sci-fi pt. "Księżniczka Marsa" (z 1912 roku), której autorem jest Edgar Rice Burroughs. Bohaterem historii jest John Carter, weteran amerykańskiej Wojny Domowej, który w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach zostaje przeniesiony na Marsa i przeżywa tam szereg niesamowitych przygód, takich jak udział w konflikcie trzech ras zamieszkujących planetę i miłość do księżniczki jednej z tych ras.
czy warto obejrzeć? John Carter to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów fantastyki. Wiele osób zarzuca mu brak polotu, ale trzeba pamiętać, że scenariusz powstał w oparciu o książkę napisaną ok. sto lat temu. Zatem wszelkie inne produkcje w rodzaju wyżej wymienionego Avatara powinny mieć kompleks wtórności wobec pomysłów, które zostały przedstawione w Johnie Carterze. To dobry, raczej niedoceniony film. Polecam!
werdykt:   7,5 /10


The Awakening (2011)
gatunek: horror
podobne do: Sierociniec, Inni
o czym: Młoda kobieta, która nie wierzy w duchy i bez pardonu rozprawia się z różnej maści szarlatanami organizującymi naciągane seanse spirytystyczne, zostaje wezwana do wyjaśnienia zagadki śmierci małego chłopca, który rzekomo ukazuje się w nocy i straszy w pewnej angielskiej szkole z internatem. Czyżby sceptycznie nastawiona bohaterka w końcu trafiła na prawdziwego ducha?
czy warto obejrzeć? Warto, ale... Jeżeli zaliczasz się do miłośników horrorów i widziałeś/aś już takie tytuły jak Inni z Nicole Kidman i hiszpański Sierociniec, po obejrzeniu The Awakening możesz poczuć się trochę zawiedziony/a. Początek filmu jest niezwykle ciekawy i zapowiada coś oryginalnego, ale końcówka wyraźnie rozczarowuje. Oglądamy klasyczne patenty z duchami, zrealizowane bardzo dobrze, ale to wszystko już gdzieś było (zwłaszcza w wyżej wymienionych dwóch tytułach) . 
werdykt:  /10


Najczarniejsza Godzina (2012)
gatunek: akcja / science fiction / horror
podobne do: filmów typu "inwazja z kosmosu"
o czym: Kosmici atakują! Tym razem jednak rzecz dzieje się w Rosji, a nie jak zwykle w tego typu produkcjach: w USA. Poza tym okazuje się, że kosmici są niemal niewidzialni (czasem tylko mienią się jakąś pomarańczową mgiełką) i interesuje ich energia elektryczna, którą mogą wyłuskać z naszej biednej planety. Plus do tego grupa młodych ludzi walczących o przetrwanie, czyli nic nowego.
czy warto obejrzeć? Szkoda czasu dla tej szmiry. Scenariusz filmu jest wtórny, aktorzy jacyś drętwi, a dialogi wręcz porażają swoją naiwnością. Akcja toczy się dość szybko, ale nie nie wciąga ani trochę. Efektów specjalnych też jakoś mało i delikatnie mówiąc nie zachwycają. Generalnie jest to bardzo słaby film, który właściwie nie zasługuje na ocenę wyższą niż 2/10, ale te pół punktu dodaję za kilka niezłych elementów postapokaliptycznych (głównie scenografie).
werdykt:  2,5 /10

poniedziałek, 16 stycznia 2012

NIE BÓJ SIĘ CIEMNOŚCI... bo nie ma czego się bać [recenzja]

Nie bój się się ciemności to horror w reżyserii niejakiego Troy'a Nixey'a, a producentem i scenarzystą jest  tu nie kto inny jak Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Kręgosłup Diabła, Oczy Julii). Nie da się jednak ukryć, że jest to jeden z najmniej udanych horrorów w karierze tego twórcy. Film zrealizowany jest przyzwoicie, ale nie porywa. Jednak jego najgorszym grzechem jest to, że nie straszy...


Fabuła filmu opiera się na zmodyfikowanym schemacie nawiedzonego domu. Mamy zatem dużą, starą rezydencję, która kryje w sobie wiele tajemnic poprzednich jej mieszkańców. Tym razem jednak chodzi o mroczne wyobrażenie "wróżek zębuszek", które bynajmniej nie przypominają wróżek, jakie znamy z baśni i bajek dziecięcych, ale są małymi, szkaradnymi gnomami, które porywają dzieci dla ich śliczniutkich, małych ząbków. Gnomy te żyją odwiecznie w swojej jaskini, z której wyjście stanowi popielnik w piwnicy starej rezydencji. W to miejsce trafiają zaś główni bohaterowie filmu, czyli facet rozwodnik ze swoją nową dziewczyną i jego smutne dziecko. Nie sposób nie domyślić się, co będzie głównym motywem fabuły i jakie wydarzenia będą dalej następowały. Gnomy straszą małą dziewczynkę, a tej oczywiście żaden z dorosłych nie chce uwierzyć w choćby jedno słowo na temat okropieństw, jakie ją spotykają. Jedynym ratunkiem jest światło, bo to jedyna rzecz, jakiej boją się wredne i złowrogo nastawione małe istoty.

Jak widać koncept scenarzystów nie wprowadza na ekrany jakiejś niewyobrażalnej grozy. Film stara się raczej straszyć widza drobiazgami. Niestety, o ile udawało się to w wielu poprzednich filmach Guillermo del Toro, o tyle w Nie bój się się ciemności groza jest raczej umowna. Zresztą nie bardzo sprzyja jej sam pomysł z "wróżkami zębuszkami", do których dorobiono nawet śmiertelnie poważną teorię, jakoby w dawnych wiekach stworzenia te zawarły pakt z papieżem, że nie będą porywać dzieci, jeżeli te będą umieszczać wypadające ząbki pod poduszkami. A w zamian pod poduszkami dzieci znajdowały samorodki srebra. Teoria raczej śmiechu warta i ciężka do przełknięcia, chyba, że... Chyba, że jest się dzieckiem w wieku - powiedzmy - od siedmiu do dziesięciu lat. I taka właśnie jest moja puenta. Z pewnością bałbym się oglądając Nie bój się się ciemności, pod warunkiem, że mój wiek można byłoby umieścić w wyżej wymienionym przedziale.

Na pocieszenie dodam jednak, że jedna scena nawet mi się spodobała. Chodzi o scenę z dziewczynką, która siedzi pod kołdrą z latarką w dłoni i po woli ową kołdrę odsłania. Końcowy efekt jest przewidywalny, ale mimo wszystko "przyjemny". Poza tym całość ratuje dość ciekawe zakończenie, całkiem w stylu Guillermo del Toro, raczej bez "happy endu". Dlatego też szkoda, że film pretendujący do miana solidnego horroru poległ niemal na całej linii. Zjadła go dość irytująca, infantylna i przewidywalna fabuła oraz niedostatek prawdziwych emocji. Pomimo, że nie jest to w żadnym wypadku realizacyjne dno, film poniósł zasłużoną porażkę.

werdykt:
/10


niedziela, 16 października 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host

Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie. 
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).

Shadow (2009)

Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres


Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.

werdykt:
7/10

Green Lantern (2011)

Gatunek: akcja science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
















Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego). 

werdykt: 
4/10

A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:

The Perfect Host (2010)


Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...


Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi  szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...

Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!

werdykt:
9,25/10


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Tort z mięcha - recenzja filmu "Naznaczony" ("Insidious")



NIENAWIEDZONY DOM
Młode, amerykańskie małżeństwo z trójką dzieci wprowadza się do nowego domu, w którym… nie straszy! Zaraz, zaraz… W rzeczywistości straszy i to jak cholera, ale nie jest to zasługą domu, piwnicy, stodoły ani żadnej rzeczy w stylu lustra, obrazu, krzesła czy sedesu. Rodzinka (zwłaszcza mama i dzieciaki) zaczyna jednak doświadczać niewyjaśnionych zjawisk, takich jak niepokojące odgłosy, książki, które same spadają z półek, drzwi, które same się otwierają i zamykają, a nawet zarysy i zjawy jakichś mrocznych postaci. Nadal nie brzmi to oryginalnie, ale w ten właśnie sposób zaczyna się dość oryginalny, ale przede wszystkim rewelacyjny horror, jakim jest Naznaczony. Powiedziałbym, że to dość przewrotny początek, żeby nawet nie rzec – nudnawy. Na szczęście historia szybko zaczyna wymykać się z wszelkich schematów…

…BY W SCHEMAT WPAŚĆ Z POWROTEM?
Po upadku z drabiny jeden z dzieciaków zapada w śpiączkę, której przyczyn nie potrafią wyjaśnić najlepsi lekarze. I wówczas występowanie w domu dziwnych zjawisk zaczyna się nasilać. Rodzice chłopca zaczynają podejrzewać, że to nie dom jest przyczyną tych zjawisk i nawet mają rację. Ale nie mają pojęcia o tym, z jak strasznym złem przyjdzie im się zmierzyć. W uświadomieniu tego faktu pomaga im kobieta – medium oraz jej dwaj pomagierzy, którzy badają dom za pomocą dziwnych urządzeń wykorzystujących w działaniu zdobycze nauk ścisłych i okultyzmu. Poza tym pojawią się duchy, demon z czerwoną twarzą, tajemnicza wiedźma i wątek podróży astralnych. Zdaję sobie sprawę, że to nadal nie brzmi zbyt oryginalnie. I to prawda, bo w filmie Naznaczony można znaleźć wiele pomysłów zaczerpniętych z horrorów takich jak Paranormal Activity, Wrota do Piekieł i właściwie wszystkich innych, w których mieliśmy do czynienia z nawiedzonymi domami. Jest też drobny akcent przywodzący na myśl Piłę, ale to nic dziwnego, bo zarówno Piła, jak i Naznaczony mają tego samego reżysera (James Wan) oraz scenarzystę (Leigh Whannell). Apeluję jednak, żeby nie zrażać się (pozornym) brakiem oryginalności i obejrzeć film do końca. Nie będziecie żałować, bo nie dość, że wszystkie – wydawałoby się – tanie, horrorowe chwyty zostały w Naznaczonym zrealizowane po mistrzowsku, to jeszcze na dokładkę film uraczy nas niezwykle klimatycznym udźwiękowieniem i dużą dozą szaleństwa, ocierającą się momentami o kicz. Muszę jednak zaznaczyć, że poziom kiczu (rzecz jasna – zamierzonego) nie jest tu moim zdaniem tak znaczący, jak w wymienionych wcześniej Wrotach do Piekieł, choć jest wiele analogii.

PIEŚŃ POCHWALNA
Jako całość Naznaczony jest horrorem unikatowym, który – zaryzykuję stwierdzenie – może na stałe przejść do klasyki gatunku. Oglądając go odniosłem wrażenie, że w końcu zrobiono pożytek z tych wszystkich średnio strasznych pomysłów o nawiedzonych domach, by widza autentycznie nimi przestraszyć! Gdy zaś film zaczął balansować na krawędzi „horrorów klasy B” byłem po prostu zadziwiony. A to dlatego, że w dalszym ciągu wywoływał we mnie uczucie grozy! Nie wiem, jak twórcom udało się to osiągnąć, ale jestem pełen podziwu dla ich dzieła. Do samego końca oglądałem Naznaczonego z wypiekami na twarzy, choć pod koniec zaczynałem się obawiać, że po raz kolejny „hollywoodzkość” zabije porządny horror tandetnym zakończeniem. Tak się jednak nie stało i miałem przyjemność zobaczyć zakończenie godne prawdziwej opowieści grozy. Naznaczony to niezwykle smakowity kąsek dla prawdziwych wielbicieli gatunku. A nawet nie kąsek, ale wielki kawał soczystego mięcha!


Na koniec dodam tylko, że warto dotrwać do końca napisów (albo po prostu sobie „przewinąć”), żeby zobaczyć kilkusekundową scenkę dopełniającą świetne zakończenie Naznaczonego. Niby drobiazg, ale to wisienka na torcie! [tort z mięcha? hmm…]

werdykt:
10/10

środa, 9 lutego 2011

Październikowe nieba - recenzja powieści "Anioł śmierci" Alexa Scarrowa

Dziś chciałbym przedstawić książkę w sam raz na ciągle jeszcze chłodne, zimowe wieczory. Jest to powieść, która łączy w sobie takie gatunki jak thriller, horror i kryminał, jednak najprostszym i chyba najbardziej trafnym określeniem będzie pierwsze z nich. A zatem… mamy rasowy thriller!


Miło jest, kiedy wpadnie człowiekowi w ręce taka książka, jak Anioł śmierci. Autor nieznany mi do tej pory w ogóle, tytuł jakby trochę kiczowaty, bo mało oryginalny, okładka robi ogólnie pozytywne wrażenie, a treść książki jest właściwie wielką zagadką. Mała dygresja co do tytułu: jest on raczej rzeczą bardziej marketingową, niż literacką, ponieważ w oryginale brzmi „October Skies”. I właściwie nie potrzeba tu dodatkowego komentarza…

Jak się dowiedziałem z opisu na tylnej części okładki, Alex Scarrow jest byłym gitarzystą rockowym, byłym twórcą gier komputerowych, a obecnie pisarzem i twórcą scenariuszy. No cóż, dla mnie mógłby być nawet księgowym w firmie produkującej środki antykoncepcyjne dla kotów, byle tylko lektura jego książki była warta świeczki.

Głównym bohaterem Anioła śmierci jest Julian Cooke, dokumentalista, kręcący swój kolejny film w niezmierzonych lasach Wyoming. Przypadek sprawia, że odnajduje szczątki starego drewnianego wozu, tzw. conestogi, będącej pozostałością po obozie osadników, którzy zaginęli bez śladu zimą 1856 roku. Była to Wyprawa Prestona, charyzmatycznego przywódcy religijnego. Temat wydaje się naszemu bohaterowi na tyle pasjonujący, że postanawia zgłębić tajemnicę osadników i nakręcić film o ich losach, tym bardziej, że w jego ręce trafia także osobisty dziennik jednego z członków Wyprawy Prestona. Facet nie wie jednak w co się pakuje, bo wydarzenia z 1856 roku skrywają niezwykle mroczną i niebezpieczną prawdę…

Cała powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w połowie dziewiętnastego wieku. Retrospekcja ukazuje nam losy osadników, którzy nie zdążyli przebyć gór Sierra Nevada przed zimą i zmuszeni zostali do rozbicia obozu w lesie, w którym mieli dotrwać do wiosny. Osadnicy rozpoczynają walkę o przeżycie, ale nie są świadomi zagrożenia, z jakim przyjdzie im się zmierzyć.

Celowo nie zdradzam tu szczegółów, żeby nie popsuć nikomu zabawy. A muszę przyznać, że powieść dostarczyła mi naprawdę dobrej rozrywki. W tej historii z pewnością nie brakuje dreszczyku emocji. Czasami przewraca się kartki ze strachem i z fascynacją jednocześnie. Poza tym Anioł śmierci skłania również do refleksji, budując niezbyt przyjemny obraz tego, co może uczynić człowiek pod wpływem fanatyzmu religijnego. Trudno natomiast powiedzieć, czy powieść ma jakieś wady. Jako rozrywka w czystej postaci sprawdza się bowiem świetnie. Uważam jednak, że wątek czysto kryminalny jest trochę za mało wykorzystany i słabo rozwinięty. Odrobinę zawiodło mnie również zakończenie pozostawiające pewien niedosyt, jednak to moje subiektywne odczucie. Autor miał swoją wizję i nie zamierzam z nią polemizować. Poniższa nota jest próbą pewnego zobiektywizowania mojej oceny Anioła śmierci, ale fani dobrych, klimatycznych thrillerów mogą spokojnie dołożyć do tego jeden punkt. Tak czy inaczej, powieść tą polecam Wam z czystym sumieniem.

Moja ocena:
7/10

wtorek, 9 listopada 2010

TRZY SZYBKIE (2)

Dziś proponuję kolejną porcję filmów. I to bardzo zróżnicowanych gatunkowo, a poza tym starałem się wybrać w miarę oryginalny zestaw, w moim przekonaniu zestaw godny obejrzenia. Zapraszam...

Harry Brown (2009)
Gatunek: dramat / sensacyjny
Podobne do: filmów, których motywem przewodnim jest "zemsta"


Michael Caine jako emerytowany wojskowy, który przeżywa osobiste dramaty. Na szpitalnym łóżku umiera jego żona, a najlepszy przyjaciel zostaje zamordowany przez miejskich chuliganów. To drugie zdarzenie jest dla Harry'ego Browna impulsem do działania poza prawem, czyli zemsty. Brzmi mało oryginalnie? Możliwe, ale tak do końca nie jest. Przede wszystkim w zemście Harry'ego Browna nie wszystko jest proste i oczywiste, a na dodatek nic nie przychodzi z łatwością. Film jest ponury, a angielscy chuligani brutalni i zorganizowani wręcz przesadnie, ale spotęgowana dosłowność ich zachowań robi wrażenie. Z pewnością nie jest to zemsta w hollywoodzkim stylu. Fani cyklu "Życzenie śmierci" raczej nie mają tu czego szukać :)

Moja ocena: 8/10

3 Idiots (2009)
Gatunek: obyczajowy / komedia / dramat / romans (do wyboru, do koloru!)
Podobne do: nie wiem, bo nie jestem ekspertem od filmów bollywoodzkich. Ale zapewne podobne do innych filmów bollywoodzkich, choć chyba raczej tych bardziej ambitnych...


Barwna historia trójki przyjaciół, studentów inżynierii. W wyniku wielu perypetii jeden z nich - o imieniu Rancho - zaginął bez śladu. Dwóch najlepszych kumpli ze studiów bezskutecznie poszukuje go od kilku lat, ale wreszcie pojawia się ślad, za którym bez zastanowienia ruszają w drogę pełną przygód. Ale muszę nadmienić, że są to głównie przygody retrospektywne, które wyjaśniają, kim był Rancho i jak doszło do do jego zaginięcia. Fabuła ogólnie rzecz biorąc jest bardzo ciekawa, muzyka w filmie robi równie dobre wrażenie. "3 Idiots" to bardzo pogodny film, pełen scen zabawnych i wzruszających, a nawet romantycznych. Moim zdaniem świetna alternatywa dla przewidywalnych, pustych, drętwych i nieśmiesznych komedii romantycznych rodem z Hollywood, albo nawet z Hollyłódź ("Tylko mnie kopaj" i inne tego typu brednie). Szczerze polecam "seans we dwoje"!

Moja ocena: 9/10

Black Death (2010)
Gatunek: historyczny / fantasy / przygodowy / dramat / thriller / horror (tu również "do wyboru, do koloru". Ale w bardziej mrocznych odcieniach)
Podobne do: sam nie wiem... Może odrobinę do polskiego Wiedźmina, ale na lepszym poziomie realizacji.


Akcja filmu Black Death toczy się po wybuchu epidemii dżumy w średniowiecznej Anglii. Ludzie masowo umierają w miastach, epidemia przenosi się także na wioski. Ale gdzieś tam krążą pogłoski o osadzie, której nie dotknęła dżuma. Mało tego, zmarli ludzie w tej wiosce przywracani są do życia w jakichś tajemnych, pogańskich obrzędach. Na poszukiwanie tej osady wyrusza ekspedycja (niemalże krucjata) wysłana przez biskupa, złożona zarówno z prawych rycerzy, jak i morderców i rzezimieszków. Celem ekspedycji jest schwytanie nekromanty, a tym samym zakończenie jego bluźnierczych obrzędów. Przewodnikiem wyprawy staje się młody mnich, który zgłasza się do niej na ochotnika, mając na uwadze swój prywatny cel, zupełnie niezwiązany z przeznaczeniem misji... Ten tajemniczy film zachwycił mnie nie tylko ciekawą fabułą, ale również posępnym klimatem. Świetną rolę zagrał w nim Sean Bean i jest to chyba jedyny znany szerszej publiczności aktor występujący w Black Death. Dużą zaletą obrazu jest strona wizualna, ponieważ jest to udana produkcja telewizyjna, a nie kinowa. Przez to Black Death wygląda nie tylko mrocznie, ale również autentycznie, a w każdym razie bardzo odmiennie od hollywoodzkich produkcji, prezentujących z reguły epokę średniowiecza w sposób sztuczny, pełen płytkiego patosu. Zakończenie filmu skłania widza do głębszej refleksji, co tylko podnosi wartość tego dzieła. Bez dwóch zdań polecam! 

Moja ocena: 10/10


wtorek, 25 maja 2010

TRZY SZYBKIE

Ponieważ obejrzanych filmów jest cała masa i ciągle przybywa, proponuję krótkie recenzje w cyklu „TRZY SZYBKIE”. Nie zamierzam w ten sposób prezentować wszystkich dzieł (czy to filmowych, czy książkowych), ale taka forma skrótowa od czasu do czasu się pojawi…

Pandorum (2009)
Gatunek: thriller/sci-fi
Podobne do: wszystkie części „Obcego”, Event Horizon


Kolejny film z cyklu „kosmiczny statek - widmo”. Widać, że nie jest to wysokobudżetowa produkcja, ale potrafi zaskoczyć dość ciekawym scenariuszem. Dwóch facetów budzi się  w kapsułach hibernacyjnych na opuszczonym (choć tylko pozornie) statku kosmicznym. Nie wiedzą co się stało i czeka ich wiele (niekoniecznie przyjemnych) przygód, w tym nadludzko silni kanibale. Skąd wzięli się na statku?... Poza tym zaskakujące zakończenie Pandorum zasługuje na uznanie, choć odniosłem wrażenie, że nie obyło się bez kilku scenariuszowych nielogiczności. Film raczej tylko dla fanów tego rodzaju produkcji/gatunków.

Moja ocena: 7/10


Edge of Darkness – Furia (2010)
Gatunek: kryminał/thriller
Podobne do: The Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy, Reguła, Tortured i wiele innych…


Mel Gibson powraca jako detektyw, który na własną rękę szuka zabójcy swojej córki. Tego rodzaju historie widzieliśmy już wiele razy. Niestety Edge of Darkness nie zaskoczy nas niczym nowym. Mało oryginalna fabuła powtarza schemat wielu filmów hollywoodzkich, ale mimo tego film oglądało się dość przyjemnie i bezboleśnie. Z tym, że wysokiej noty „Furii” nie wystawię.

Moja ocena: 5/10


…A na koniec – perełka tego zestawu…

The Descent – Zejście (2005)
Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza mają oczy, Wrong Turn (Zły skręt)

Grupka kobiet (w tym jedna po dramatycznych przejściach) schodzi do jaskiń, których próżno szukać na mapie. Rekreacyjna przygoda zmienia się powoli w koszmar. Początkowo straszą klaustrofobiczne tunele i wąskie przesmyki, ale im dalej brną nieświadome niczego kobiety, pojawiają się kolejne niebezpieczeństwa, których najgorszym ucieleśnieniem są dziwne, jaskiniowe istoty. Brzmi mało oryginalnie? Owszem. Ale ten horror ma dużą zaletę, a mianowicie - STRASZY. A to jest chyba w horrorach najważniejsze, nieprawdaż? Od czasu, kiedy obejrzałem „Rec” (a ostatnio także „Paranormal Activity”), żaden horror nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Zejście. Co najmniej 2/3 czasu trwania filmu oglądałem go z wypiekami na twarzy, a to oznacza, że mi się podobało. W sumie duże zaskoczenie. Tak duże, że zastanawiałem się nawet nad oceną 10/10. Ale ponieważ – koniec końców – nie jest to dzieło epokowe, dam jedno „oczko” mniej.




Moja ocena: 9/10



środa, 19 maja 2010

Wrota do piekieł

DRAG ME TO HELL (Wrota do piekieł) to film, który z czystym sumieniem polecam wszystkim, którzy lubią horrory z przymrużeniem oka. Innymi słowy, jeżeli uśmiałeś się do rozpuku na takich filmach jak „Martwe zło” (wszystkie części), czy „Martwica mózgu”, wobec DRAG ME TO HELL nie możesz przejść obojętnie. Sam Raimi zafundował nam tym razem niesamowitą mieszankę horroru „na serio” i czystej, niepohamowanej, komediowej zabawy. Niektóre ze scen filmu skojarzyły mi się ze wspomnianą wyżej „Martwicą”, choć raczej w tym przypadku byłaby to „Martwica” w wersji „soft”. Nie mniej bardzo mocną stroną filmu jest właśnie balansowanie na granicy rasowego, poważnego horroru i groteskowej farsy. Nie będę się tu rozpisywał nad fabułą (mało oryginalna, ale tu akurat stanowi to zaletę), ani grą aktorów (jest o.k.), ani efektami specjalnymi (miły dodatek). Ten film po prostu warto zobaczyć. Poniżej kilka ciekawych screenów.


Mówiący demoniczny głosem kozioł to jedna z wielu atrakcji w DRAG ME TO HELL :)

Moja ocena:
9/10

wtorek, 11 marca 2008

CAT'S EYE (OKO KOTA – reż. Lewis Teague)

WIADOMO, KTO MACZAŁ W TYM PALCE...

"Oko Kota" to horror z 1985 roku, ale horror dość nietypowy. Przede wszystkim dlatego, że mamy tu do czynienia z trzema odrębnymi historiami, które łączy obecność pewnego kota. Nie będę wdawał się tu w opisywanie fabuły, ale użyję niesamowicie wyszukanego słownictwa w równie wyszukanym twierdzeniu, że ,,fabuła jest ciekawa". Twórcą scenariusza do tego filmu jest sam Stephen King, więc jeśli ktoś zna styl tego pisarza, będzie wiedział czego można się spodziewać. Albo czego się "nie spodziewać", bo historie Kinga niejednokrotnie potrafią zaskakiwać. W każdym razie "Oko Kota" można bez wahania postawić obok jakiejkolwiek części "Creepshow", bo to mniej więcej to samo, jeżeli chodzi o konstrukcję filmu.

CAŁA PRAWDA O FILMIE

Myślę, że mogę udzielić dość łatwej odpowiedzi na ogólnikowo zadane pytanie: "Jaki jest ten film?" Odpowiedź będzie też ogólnikowa: Fajny film "z dreszczykiem", utrzymany w dość kiczowatym stylu. Mając na myśli "kiczowaty", chodzi mi o to, że film nie jest zbyt poważny - balansuje pomiędzy grozą i naiwnością opowiedzianych historii. Poza tym czas odcisnął już na nim swoje piętno - co widać po poziomie realizacji (odpowiednim dla daty premiery) i słychać w udźwiękowieniu (ścieżka dźwiękowa zalatuje kiczem od same go początku).

DLA KOGO TAK, DLA KOGO NIE…

Czy warto więc w ogóle to oglądać? Zdecydowanie TAK! O ile oczywiście będzie się to oglądać z odpowiednio zachowanym dystansem. Wówczas w "Oku Kota" można dostrzec niezłą dawkę grozy, poczucia humoru, obecność genialnego (chyba po części świadomego) kiczu, a nawet zalążków jakiejś poważniejszej refleksji nad naturą ludzką :) Ja zaliczam się do wielbicieli tego typu filmów grozy, dlatego moja ocena jest dość wysoka. Ci, którzy doszukują się w horrorach przesadnej "ambicji", oraz ci, którzy oglądają horrory dla "wyszukanych" efektów specjalnych (typu fruwające głowy i inne odrywane kończyny - mam tu na myśli raczej współczesne horrory), mogą sobie po prostu "Oko Kota" darować.