RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host

Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie. 
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).

Shadow (2009)

Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres


Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.

werdykt:
7/10

Green Lantern (2011)

Gatunek: akcja science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
















Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego). 

werdykt: 
4/10

A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:

The Perfect Host (2010)


Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...


Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi  szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...

Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!

werdykt:
9,25/10


wtorek, 24 maja 2011

Filmy niedoceniane - "The Cell", czyli "Cela" z 2000 roku

Ponieważ przy okazji recenzji filmu Unthinkable poruszyłem niejako kwestię niedocenianych filmów, dziś chciałbym zaprezentować obraz "Cela", który moim zdaniem można uznać za niedoceniany. Choć film ten liczy sobie już ponad dziesięć lat, naprawdę niewiele się zestarzał i wciąż należy do moich ulubionych thrillerów. 

Jeśli już zdążyła zniechęcić Was twarz Jennifer Lopez, która gra główną rolę w Celi, to muszę naprowadzić Was na właściwą drogę. Nie ma najmniejszego powodu, żeby się zniechęcać! Nie przekreślajcie tego filmu ze względu na J.Lo! Owszem, nie jest ona jakąś genialna aktorką, ale jej rola w Celi wcale nie jest esencją tego filmu (choć nawiasem mówiąc J.Lo naprawdę nie wypadła w tym filmie źle). 

Główną bohaterką filmu jest utalentowana psychoterapeutka Catherine Deane. Przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki przenosi się ona do umysłu szaleńca - seryjnego mordercy, który zabijał piękne, młode kobiety topiąc je w... wybielaczu. Zabijał, dopóki nie zapadł w śpiączkę. Problem w tym, że zanim go złapano zdążył gdzieś ukryć jedną ze swoich ofiar. Jedynym sposobem na zdobycie informacji o położeniu ofiary, która prawdopodobnie żyje, jest wniknięcie do umysłu mordercy. Same technikalia tego procesu wprowadzają zatem do filmu elementy kina science fiction. Poza tym mamy jednak dość ambitne połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. Największym atutem filmu są z pewnością plastyczne wizje obrazujące ponure sny psychopaty. Są nie tylko przerażające, ale również pełne pokręconego artyzmu, mrocznej i zarazem pięknej sztuki. To właśnie sceny rozgrywające się w umyśle szaleńca sprawiają, że o filmie Cela tak łatwo się nie zapomina. I być może te właśnie artystyczne wizje przyczyniły się do (delikatnie mówiąc) niezbyt spektakularnej popularności filmu, bowiem mogły dla szerszej publiczności uchodzić za niezrozumiale lub zbyt poronione (pamiętajmy, że w 2000 roku kino dopiero przygotowywało się na chore wizje w stylu "Piły"). 
W każdym razie jestem przekonany, że Cela ma wielu swoich wielbicieli, a ja z pewnością się do nich zaliczam. A tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości.


werdykt:
8,5/10

środa, 9 lutego 2011

Październikowe nieba - recenzja powieści "Anioł śmierci" Alexa Scarrowa

Dziś chciałbym przedstawić książkę w sam raz na ciągle jeszcze chłodne, zimowe wieczory. Jest to powieść, która łączy w sobie takie gatunki jak thriller, horror i kryminał, jednak najprostszym i chyba najbardziej trafnym określeniem będzie pierwsze z nich. A zatem… mamy rasowy thriller!


Miło jest, kiedy wpadnie człowiekowi w ręce taka książka, jak Anioł śmierci. Autor nieznany mi do tej pory w ogóle, tytuł jakby trochę kiczowaty, bo mało oryginalny, okładka robi ogólnie pozytywne wrażenie, a treść książki jest właściwie wielką zagadką. Mała dygresja co do tytułu: jest on raczej rzeczą bardziej marketingową, niż literacką, ponieważ w oryginale brzmi „October Skies”. I właściwie nie potrzeba tu dodatkowego komentarza…

Jak się dowiedziałem z opisu na tylnej części okładki, Alex Scarrow jest byłym gitarzystą rockowym, byłym twórcą gier komputerowych, a obecnie pisarzem i twórcą scenariuszy. No cóż, dla mnie mógłby być nawet księgowym w firmie produkującej środki antykoncepcyjne dla kotów, byle tylko lektura jego książki była warta świeczki.

Głównym bohaterem Anioła śmierci jest Julian Cooke, dokumentalista, kręcący swój kolejny film w niezmierzonych lasach Wyoming. Przypadek sprawia, że odnajduje szczątki starego drewnianego wozu, tzw. conestogi, będącej pozostałością po obozie osadników, którzy zaginęli bez śladu zimą 1856 roku. Była to Wyprawa Prestona, charyzmatycznego przywódcy religijnego. Temat wydaje się naszemu bohaterowi na tyle pasjonujący, że postanawia zgłębić tajemnicę osadników i nakręcić film o ich losach, tym bardziej, że w jego ręce trafia także osobisty dziennik jednego z członków Wyprawy Prestona. Facet nie wie jednak w co się pakuje, bo wydarzenia z 1856 roku skrywają niezwykle mroczną i niebezpieczną prawdę…

Cała powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w połowie dziewiętnastego wieku. Retrospekcja ukazuje nam losy osadników, którzy nie zdążyli przebyć gór Sierra Nevada przed zimą i zmuszeni zostali do rozbicia obozu w lesie, w którym mieli dotrwać do wiosny. Osadnicy rozpoczynają walkę o przeżycie, ale nie są świadomi zagrożenia, z jakim przyjdzie im się zmierzyć.

Celowo nie zdradzam tu szczegółów, żeby nie popsuć nikomu zabawy. A muszę przyznać, że powieść dostarczyła mi naprawdę dobrej rozrywki. W tej historii z pewnością nie brakuje dreszczyku emocji. Czasami przewraca się kartki ze strachem i z fascynacją jednocześnie. Poza tym Anioł śmierci skłania również do refleksji, budując niezbyt przyjemny obraz tego, co może uczynić człowiek pod wpływem fanatyzmu religijnego. Trudno natomiast powiedzieć, czy powieść ma jakieś wady. Jako rozrywka w czystej postaci sprawdza się bowiem świetnie. Uważam jednak, że wątek czysto kryminalny jest trochę za mało wykorzystany i słabo rozwinięty. Odrobinę zawiodło mnie również zakończenie pozostawiające pewien niedosyt, jednak to moje subiektywne odczucie. Autor miał swoją wizję i nie zamierzam z nią polemizować. Poniższa nota jest próbą pewnego zobiektywizowania mojej oceny Anioła śmierci, ale fani dobrych, klimatycznych thrillerów mogą spokojnie dołożyć do tego jeden punkt. Tak czy inaczej, powieść tą polecam Wam z czystym sumieniem.

Moja ocena:
7/10

wtorek, 25 maja 2010

TRZY SZYBKIE

Ponieważ obejrzanych filmów jest cała masa i ciągle przybywa, proponuję krótkie recenzje w cyklu „TRZY SZYBKIE”. Nie zamierzam w ten sposób prezentować wszystkich dzieł (czy to filmowych, czy książkowych), ale taka forma skrótowa od czasu do czasu się pojawi…

Pandorum (2009)
Gatunek: thriller/sci-fi
Podobne do: wszystkie części „Obcego”, Event Horizon


Kolejny film z cyklu „kosmiczny statek - widmo”. Widać, że nie jest to wysokobudżetowa produkcja, ale potrafi zaskoczyć dość ciekawym scenariuszem. Dwóch facetów budzi się  w kapsułach hibernacyjnych na opuszczonym (choć tylko pozornie) statku kosmicznym. Nie wiedzą co się stało i czeka ich wiele (niekoniecznie przyjemnych) przygód, w tym nadludzko silni kanibale. Skąd wzięli się na statku?... Poza tym zaskakujące zakończenie Pandorum zasługuje na uznanie, choć odniosłem wrażenie, że nie obyło się bez kilku scenariuszowych nielogiczności. Film raczej tylko dla fanów tego rodzaju produkcji/gatunków.

Moja ocena: 7/10


Edge of Darkness – Furia (2010)
Gatunek: kryminał/thriller
Podobne do: The Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy, Reguła, Tortured i wiele innych…


Mel Gibson powraca jako detektyw, który na własną rękę szuka zabójcy swojej córki. Tego rodzaju historie widzieliśmy już wiele razy. Niestety Edge of Darkness nie zaskoczy nas niczym nowym. Mało oryginalna fabuła powtarza schemat wielu filmów hollywoodzkich, ale mimo tego film oglądało się dość przyjemnie i bezboleśnie. Z tym, że wysokiej noty „Furii” nie wystawię.

Moja ocena: 5/10


…A na koniec – perełka tego zestawu…

The Descent – Zejście (2005)
Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza mają oczy, Wrong Turn (Zły skręt)

Grupka kobiet (w tym jedna po dramatycznych przejściach) schodzi do jaskiń, których próżno szukać na mapie. Rekreacyjna przygoda zmienia się powoli w koszmar. Początkowo straszą klaustrofobiczne tunele i wąskie przesmyki, ale im dalej brną nieświadome niczego kobiety, pojawiają się kolejne niebezpieczeństwa, których najgorszym ucieleśnieniem są dziwne, jaskiniowe istoty. Brzmi mało oryginalnie? Owszem. Ale ten horror ma dużą zaletę, a mianowicie - STRASZY. A to jest chyba w horrorach najważniejsze, nieprawdaż? Od czasu, kiedy obejrzałem „Rec” (a ostatnio także „Paranormal Activity”), żaden horror nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Zejście. Co najmniej 2/3 czasu trwania filmu oglądałem go z wypiekami na twarzy, a to oznacza, że mi się podobało. W sumie duże zaskoczenie. Tak duże, że zastanawiałem się nawet nad oceną 10/10. Ale ponieważ – koniec końców – nie jest to dzieło epokowe, dam jedno „oczko” mniej.




Moja ocena: 9/10