RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
środa, 23 listopada 2011
Mikroemocje już czwarty raz - śmieszą i bawią, aż dym leci z czach!
(15)
przebył bezkresne lądy, oceany
cóż to za bohater?
to chiński kapeć
(16)
to takie ludzkie
mieć łupież
(17)
wolałbym nie znać przeznaczenia
buławy wibracyjnej
lecz chyba się domyślam
niechybnie
(18)
musztarda przy obiedzie
to tak samo
jak i po
(19)
czasem chciałbym trafić do innego świata
a czasem myślę sobie:
aa, tam...
(20)
czas upływa...
przecieka mi między palcami
gdybym tylko miał błony pławne,
jak kaczki
***
środa, 16 listopada 2011
Król
Król na tronie zasiadł
Co by tu porobić? - myślał
- Ekhm, ekhm, ekhmmmm!
Wręcz śmiesznie tak
Zakasłał
***
Co by tu porobić? - myślał
- Ekhm, ekhm, ekhmmmm!
Wręcz śmiesznie tak
Zakasłał
***
poniedziałek, 14 listopada 2011
KOSMOS JEST NUDNY! - recenzja filmu "Space Battleship Yamato"
KORZENIE NIE ZASKAKUJĄ
Film Space Battleship Yamato oparty jest ponoć na anime o tym samym tytule, które powstało w 1974 roku. Niestety nie było mi dane obejrzeć tego anime, zatem opisywany tu film oceniam jako "zwyczajne" kino science fiction. Nieuniknione będą zatem porównania do tych filmowych dzieł, które wpisują się kanon science fiction. A pod tym względem - niestety - Space Battleship Yamato nie wypada zbyt szczęśliwie...
Film Space Battleship Yamato oparty jest ponoć na anime o tym samym tytule, które powstało w 1974 roku. Niestety nie było mi dane obejrzeć tego anime, zatem opisywany tu film oceniam jako "zwyczajne" kino science fiction. Nieuniknione będą zatem porównania do tych filmowych dzieł, które wpisują się kanon science fiction. A pod tym względem - niestety - Space Battleship Yamato nie wypada zbyt szczęśliwie...
Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości (gdzieś ok. 2200 roku). Ludzkość przegrywa wojnę z Gamilas, czyli tajemniczymi najeźdźcami z kosmosu, którzy zasypują Ziemię bombami meteorytowymi. Za sprawą tych bombardowań poziom promieniowania na powierzchni planety przekracza wszelkie normy bezpieczeństwa i ludzie zostają zepchnięci do życia w podziemiach. Szczęśliwym trafem na Ziemię trafia również nietypowa "przesyłka" w formie niewielkiej kapsuły, która zawiera opis technologiczny i plany konstrukcji pozaziemskiej, potężnej broni oraz współrzędne nieznanej ziemianom planety, która zaraz po tym zostaje nazwana Iskandar. Na dodatek w miejscu, gdzie rozbiła się owa "przesyłka", szkodliwe promieniowanie całkowicie zanikło, zatem wniosek może być tylko jeden: Trzeba zbierać d*pę w troki i ruszać na Iskandar, bo jest tam ktoś (albo coś), kto dysponuje urządzeniem mogącym przywrócić Ziemię do stanu używalności. I tak też dzieje się w filmie Space Battleship Yamato. Ekspedycja na Iskandar wyrusza na pokładzie najpotężniejszego statku kosmicznego, jakim dysponuje Ziemia, czyli tytułowego Yamato... Nawiasem mówiąc, nazwa Yamato nie jest tutaj przypadkowa, bowiem ten statek swoim wyglądem jako żywo przypomina japoński pancernik Yamato z okresu II wojny światowej. Jest tylko trochę bardziej podrasowany...
FABUŁA, GŁUPCZE!
A co dzieje się dalej? Dalej już tylko gwiezdne pojedynki, przeskoki czasoprzestrzenne, śmierć dużej części załogi Yamato, pierwszy "namacalny" kontakt z Gamilas, rozterki i dramaty głównych bohaterów filmu i tak dalej, i tak dalej... Ale o fabule więcej już nie napiszę, bo jak kogoś nie zaciekawił jej dotychczasowy opis, to reszta i tak nie będzie miała najmniejszego znaczenia. A mnie osobiście zaciekawił sam początek filmu, w którym przez kilka minut ukazano zdewastowaną Ziemię i ludzi zepchniętych do podziemia. Kłopot w tym, że ten fragment w stosunku do całego filmu jest tylko kroplą w morzu przeciętności.
O EFEKTACH I NIEEFEKTYWNYM ICH WYKORZYSTANIU
Space Battleship Yamato można określić jako połączenie Star Treka, Gwiezdnych Wojen, a nawet Obcego, ponieważ zawiera w sobie elementy każdego z tych filmów (tudzież serii filmów). Jakąś tam własną tożsamość to japońskie dzieło ma, ale powiem szczerze, że z mojego punktu widzenia przeważała jednak nijakość. Raził mnie przede wszystkim niemal całkowity brak oryginalności. Myśliwce bojowe wylatujące z pokładu Yamato przypominają zwyczajne samoloty, a w pewnym momencie przypominają również myśliwce z Gwiezdnych Wojen, w których umieszcza się "robocika-pomocnika", ładnie kręcącego "główką" i namierzającego wrogie cele. Wykorzystanie tego patentu w Space Battleship Yamato było dla mnie po prostu tandetne. Ponadto razi wygląd obcych, czyli Gamilas: ot, jakieś białe, humanoidalne patyczaki z niebieskawym światełkiem w miejscu twarzy. Razi również podręczna broń Ziemian, czyli karabiny a'la Obcy: Decydujące Starcie. Inna sprawa, że jeżeli te elementy zostały wiernie odwzorowane na bazie filmu anime z 1974 roku, to raczej nie należy się czepiać. Ba! Może wówczas to były nawet pionierskie pomysły, jak na science fiction? Jakby ktoś wiedział coś więcej na ten temat, proszę mnie sprostować. Ja w swojej bezgranicznej ignorancji odniosłem Space Battleship Yamato tylko do współczesnych patentów stosowanych przez kino z gatunku science fiction. I w dalszym ciągu podkreślam, że na polu całego instrumentarium tego gatunku Space Battleship Yamato wypada po prostu blado. Co zaś tyczy się efektów specjalnych w filmie, prezentują one dość różny poziom. Czasami wygląda to całkiem nieźle, a czasami sztucznie i umownie... Ogólnie rzecz biorąc z efektami nie jest tak źle, ale widać, że nie jest to wysokobudżetowy Hollywood. Problem jednak w tym, że techniczne braki widać gołym okiem, bo i trudno byłoby ich nie zauważyć, skoro w filmie jest mnóstwo scen zrealizowanych wyłącznie "w komputerze".
ZNASZ-LI TEN KRAJ, GDZIE WIŚNIA ZAKWITA?
Scenariusz filmu jest pełen dziur, umowności i uproszczeń. Na to wszystko starałem się przymykać oko, ale czasem raziły pewne dłużyzny w rozmowach między bohaterami filmu, podczas gdy znajdowali się oni w jakichś opałach (banda obcych biegnie z pistoletami, a oni sobie gaworzą...). Wiele jest również przydługich scen pełnych dramatyzmu, patosu i cierpienia ale to poniekąd jest cechą wielu japońskich filmów, więc trzeba się przyzwyczaić i albo się to lubi, albo nie. Ja osobiście nie stronię od kina japońskiego, ale śmiem twierdzić, że widziałem znacznie lepsze, japońskie filmy science fiction, aniżeli Space Battleship Yamato (mam tu na myśli również filmy, które miały swoje korzenie w anime, np. Casshern, Yattaman).
PRZED NAMI KOSMOS MOŻLIWOŚCI...
Na koniec muszę się jeszcze odnieść do prowokacyjnego tytułu, jaki nadałem tej recenzji. Moim zdaniem kosmos wcale nie jest nudny. Wręcz przeciwnie! Twórcom posługującym się konwencją sci-fi kosmos daje ogromne możliwości, które ogranicza jedynie ich wyobraźnia. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Jakiś czynnik (lub zbiór czynników) spowodował, że twórcy filmu Space Battleship Yamato zaserwowali widzom nudny kosmos. Ale czy była to akurat ich wyobraźnia? Tego nie wiem...
werdykt:
4/10
poniedziałek, 31 października 2011
STEAMPUNK, OLDSCHOOL I ROZWAŁKA - recenzja gry "Gatling Gears"
Gatling Gears to gierka nawiązująca do dawnych strzelanek, w których gracz obserwuje całą akcję z "lotu ptaka". W tym akurat przypadku poruszamy się dwunożnym mechem, za którego sterami zasiada pewien wąsaty bohater. Poruszamy się po iście steampunkowym świecie, a zatem nie zabraknie obromnych opancerzonych pociągów i innych machin bojowych poruszających się po torach, a także samolotów obudowanych żelastwem tak, że aż trudno uwierzyć, że takie coś może w ogóle wzbić się w powietrze. Jeżdżące tu i ówdzie czołgi przypominają wyglądem machiny bojowe z pierwszej wojny światowej, a robot, którym się poruszamy, wydaje dźwięki, jakby napędzany był dopiero co wynalezionym silnikiem Diesla. Ogólnie rzecz biorąc wszystkie jednostki bojowe występujące w Gatling Gears dopracowane zostały bardzo szczegółowo, zwłaszcza biorąc pod uwagę charakter rozrywki, jaki towarzyszy nam w tej grze, bo jest to...
...Totalna rozwałka wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka. Tak właśnie! Przez 95% czasu gry naparzamy do napotkanych jednostek wroga. Walczymy przeciwko jakiemuś złemu Imperium, ale powiem szczerze, że fabuła nie ma tutaj nawet drugorzędnego znaczenia (powiedzmy, że "czwartorzędne"). Na uwagę zasługują różnorodne scenerie, w których przyjdzie nam walczyć. Niby nic w tym wielkiego, bo mamy jakieś zielone lasy, góry pokryte śniegiem, pustynie, tereny pełne wyładowań elektrycznych, fabryki, itd., ale trzeba przyznać, że wszelkie tła i efekty atmosferyczne zostały wykreowane z dużą pieczołowitością. Zresztą grafika sama w sobie jest sporą zaletą Gatling Gears. Jest po prostu miodzio. Natomiast wachlarz środków eksterminacji, które mamy do dyspozycji w grze, jest raczej ubogi i zawiera jedynie podstawowe działko, wyrzutnię rakiet (a'la bazooka), i granatnik. Sytuację ratują jednak sporadyczne znajdźki, które czasowo - ale za to znacząco - zwiększają siłę rażenia naszego mecha. Najbardziej przypadł mi do gustu tzw. grenade booster, czyli w zasadzie taka mini-atomówka. Sieje spustoszenie na planszy, że aż miło!
W Gatling Gears warto zagrać, jeżeli ma się ochotę na lekką, odmóżdżającą, a zarazem relaksującą rozrywkę. To pozycja w sam raz na półgodzinne "podejścia". Nie jest to, rzecz jasna, gra pozbawiona wad, ale bez wahania mogę ją polecić zarówno "oldskulowym", jak i "każualowym" graczom. Co niniejszym czynię :-)
W Gatling Gears warto zagrać, jeżeli ma się ochotę na lekką, odmóżdżającą, a zarazem relaksującą rozrywkę. To pozycja w sam raz na półgodzinne "podejścia". Nie jest to, rzecz jasna, gra pozbawiona wad, ale bez wahania mogę ją polecić zarówno "oldskulowym", jak i "każualowym" graczom. Co niniejszym czynię :-)
PLUSY:
+ przyjemna rozwałka, dobra grywalność
+ bardzo dobra oprawa audiowizualna
+ możliwość ulepszania mecha (bardzo uproszczona, ale zawsze...)
+ znośny poziom trudności (możliwość wyboru)
+ steampunk, steampunk, steampunk!
MINUSY:
- schematyczna rozgrywka, która na dłuższą metę nudzi (używać w niewielkich dawkach!)
- liniowość - zawsze tylko jedna ścieżka, aby ukończyć daną planszę
- gra jest dość krótka
werdykt:
7/10
niedziela, 16 października 2011
TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host
Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie.
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).
Shadow (2009)
Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres
Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.
werdykt:
7/10
Green Lantern (2011)
Gatunek: akcja / science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego).
werdykt:
4/10
A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:
The Perfect Host (2010)
Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...
Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...
Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!
werdykt:
9,25/10
poniedziałek, 10 października 2011
Co robić po pracy i na urlopie?... Ten album rozwieje Wasze wątpliwości!
Okres wakacji już dawno za nami. Gdy melancholijna jesień zagląda przez okna do naszych domostw, warto powrócić myślami do czasu wypoczynku i beztroski. W tym pomoże nam album "Po pracy", czyli propagandowa książka z 1954 roku, wydana na zlecenie Funduszu Wczasów Pracowniczych Centralnej Rady Związków Zawodowych oraz Komitetu Dla Spraw Turystyki.
Aby móc wypoczywać, trzeba się najpierw napracować. I tu album "Po pracy" jest również niezastąpiony, bowiem przytacza wiele ciekawych "faktów" z tematyki pracowniczej. Na początek fragment wstępu:
Naród nasz buduje socjalizm. Zmieniliśmy ustrój, opierając go na zasadach sprawiedliwości społecznej, przekształcamy i rozwijamy wszystkie dziedziny życia zarówno gospodarczego, jak kulturalnego i społecznego. W ciągu dziesięciu lat sprawowania władzy przez lud staliśmy się krajem o przodującym przemyśle. Produkcja naszego przemysłu zajęła już piąte miejsce w Europie, podczas gdy przed wojną była na jednym z ostatnich. Osiągnięcia te zawdzięczamy ofiarnej pracy naszego narodu i przodującej mu klasie robotniczej oraz braterskiej pomocy Związku Radzieckiego.
Później następuje szereg zdjęć z rozmaitych zakładów przemysłowych, z typowymi hasłami propagandowymi w stylu: "wydajność przemysłu chemicznego zwiększyła się przeszło czterokrotnie", lub "produkcja głównych artykułów konsumpcyjnych jest obecnie przeszło dwa razy wyższa niż w 1938 roku, wynikiem czego jest wysoki wzrost spożycia artykułów pierwszej potrzeby, świadczący o stałym podnoszeniu się stopy życiowej ludzi pracy". Gdy wszystkie normy będą już wyrobione co najmniej w 300% umęczony, acz szczęśliwy przedstawiciel proletariatu może wyjechać na zasłużony wypoczynek. I tu nasza historyjka się zaczyna... (podpisy pod zdjęciami są oczywiście cytatami z albumu)
Delegat związkowy przypomina koledze wybierającemu się na wczasy, że miejscowości wczasowych jest około 100. Jedne leżą nad morzem, inne w górach, jeszcze inne wśród lasów lub nad jeziorami. Wybór jest duży. Proszę wybierać.
A gdy miejsce wczasowe jest już zaklepane: Wczasowicz z ciekawością ogląda dom, w którym ma spędzić urlop. Na tarasie stoją nieznajomi ludzie i witają życzliwie nowoprzybyłego (...). Wkrótce ci obcy ludzie przestaną być obcymi. Zadzierzgnie się znajomość, a później przyjaźń, która często przetrwa okres urlopu.
Pierwszy spacer przynosi wiele wrażeń. Dom wczasowy leży w uroczej okolicy. Wędrówki po niej będą zaprawą do późniejszych dalszych wycieczek. Tymczasem gong wzywa na posiłek.
Apetyty dopisują. W miłej, estetycznie urządzonej jadalni dobrze przyrządzony obiad smakuje wybornie (...). Po posiłku wypoczynek. Na leżakach, na kocach albo wprost na trawie przyjemnie się gawędzi lub drzemie.
Krajobrazy są śliczne. Na wczasach powstaje niejeden wartościowy obraz malarza - amatora. Na związkowych wystawach prac artystów - amatorów można oglądać ich bogaty dorobek.
I na tym zakończę naszą podróż w czasie. To kolejna z podróży do odległego już świata PRL-u. Osobiście, nasuwa mi się jednoznaczne skojarzenie: istna idylla i utopia... A poza tym - gorąco polecam wszystkim lekturę albumu "Po pracy", jeżeli tylko wydawnictwo to wpadnie Wam w ręce. Bardzo warto :-)
Wszystkie cytaty i fotografie pochodzą z albumu "Po pracy". Wydawnictwo "Sport i Turystyka". Warszawa. 1954.
piątek, 30 września 2011
BURTON & CYB - KOSMICZNI RABUSIE (część 1) - Antonio Segura & Jose Ortiz
W końcu udało mi się nabyć pierwszą z dwóch wydanych w
Polsce części komiksu Burton & Cyb – Kosmiczni Rabusie. Obecnie kupienie tego
komiksu możliwe jest praktycznie tylko za pośrednictwem portali aukcyjnych,
rzecz bowiem została wydana w 1992 roku. Nie mniej jednak warto było zapolować
na egzemplarz Burtona i Cyba, bo komiks ten z pewnością zasługuje na uwagę.
Tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, odsyłam do recenzji
drugiej części Burtona i Cyba, którą opublikowałem na łamach niniejszego bloga
w zeszłym roku (można ją znaleźć TUTAJ). A reszcie przypomnę tylko, że Burton i
Cyb to para kosmicznych nicponi, złodziejaszków i hochsztaplerów. Komiks o ich
przygodach podzielony jest na krótkie historie, a każda z nich opowiada o
konkretnym „szwindlu”, jakiego zamierzają dokonać nasi antybohaterowie. W
części pierwszej („Komiks” nr 6/1992) Burton i Cyb sabotują walkę bokserską,
budują mechanicznego „boga” dla chciwego i despotycznego kapłana, walczą z
olbrzymią, latającą meduzą, wywołują spreparowaną inwazję na asteroid bogaty w
szlachetne metale, wyruszają na poszukiwanie Excalibura oraz próbują złapać
„Rybę – Diabła” na planecie oceanicznej. Trzeba przyznać, że ich przygody są
naprawdę zróżnicowane…
Refleksją, jaka nasuwa się po przeczytaniu komiksu jest
podziw nad sposobem opowiadania historii przez autorów komiksu. Pomimo, że
poszczególne epizody są naprawdę krótkie (po kilka stron), upakowano je całą
masą wydarzeń i zwrotów akcji. Ponadto czytelnik nie ma właściwie chwili
wytchnienia, bo cały czas rzucany jest w wir międzygalaktycznych przygód
odbywających się w rozmaitych sceneriach. W tym miejscu trzeba również dodać,
że autorzy komiksu przedstawiają czytelnikowi bardzo ciekawe – choć niestety szczątkowo
ukazane – kosmiczne uniwersum. Mamy tu wielość planet i ras je zamieszkujących.
Są cyborgi, roboty i ciekawie „zaprojektowane” statki kosmiczne i pojazdy.
Myślę, że dałoby się to wszystko wykorzystać do stworzenia jednej, długiej i
rozbudowanej fabularnie opowieści z Burtonem i Cybem w roli głównej. Ale nie ma
co narzekać, bo forma krótkich historyjek też się sprawdza.
Burton i Cyb to kawał porządnej, komiksowej roboty, również pod
kątem wizualnym. Rysunki są po prostu ciekawe: z jednej strony dość szczegółowe
w przedstawianiu detali rozmaitych obiektów (co pasuje do konwencji science
fiction), a drugiej strony groteskowe i komiczne w sposobie przedstawiania
postaci. Całość jest bardzo humorystyczna, choć w odniesieniu do drugiej części
komiksu („Komiks” nr 4/1993) wydała mi się mniej zabawna i mniej błyskotliwa.
Nie mniej jednak w równym stopniu polecam obie części komiksu, bo jest to rzecz
niebanalna, a nawet zaskakująca.
werdykt:
7/10
czwartek, 15 września 2011
LENIN - niewyczerpane źródło inspiracji artystów z epoki PRL-u
O tym, że postać Lenina była niezwykle nośnym tematem dla artystów-wyrobników z epoki PRL-u, można przekonać się po obejrzeniu albumu "Lenin w twórczości artystów polskich" [wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987]. Ile w tym sztuki, a ile propagandy? Odpowiedź wydaje się jednoznaczna, ale trzeba przyznać, że trochę kunsztu w tym wszystkim jednak jest. W końcu "dzieła" te tworzone były dla krzewienia podniosłych idei :-)
Zapraszam do obejrzenia kilku obrazków, które pochodzą z wyżej przytoczonego albumu. Science fiction to to nie jest, ale w tematyce bloga się mieści. Bo w pewnym sensie to już pozostałość po odległym świecie...
Ryszard Gieryszewski, Wódz i nauczyciel, 1970, drzeworyt
Antoni Cetnarowski, Lenin, 1977, offset
Teodor Krupski, Nowa Epoka, 1970, akwaforta
Antoni Uniechowski, Lenin, 1960, rysunek tuszem
Tadeusz Gronowski, Lenin (projekt), 1959, gwasz
Alojzy Siwecki, Biały Dunajec. Lenin w rozmowie z góralami, 1977, olej, płótno
środa, 7 września 2011
Baza recenzji
W celu ułatwienia nawigacji na blogu utworzyłem dziś stronę zawierającą spis wszystkich recenzji opublikowanych w Odległych Światach (wraz z linkami do tychże recenzji). Spis znajduje się na panelu bocznym, pod hasłem "Baza recenzji". Zapraszam!
poniedziałek, 5 września 2011
Niektóre dzieci są naprawdę złymi ludźmi... - krótka recenzja i kilka przemyśleń na temat filmu "Hanna" (2011)
Hanna (Saoirse Ronan) jest nastolatką wychowywaną w dziczy. Potrafi świetnie posługiwać się bronią palną, zna rozmaite techniki walki, operuje biegle kilkoma językami. Jak nauczyć się tego wszystkiego z dala od cywilizacji? Wystarczy mieć za ojca byłego agenta CIA. Niestety, taka przeszłość zawodowa ojczulka (Eric Bana) jest też bardzo niewygodnym brzemieniem, zważywszy na fakt, że miał on w przeszłości na pieńku z groźną i stanowczą agentką Marissą Wiegler (Cate Blanchett). Marzeniem ojca Hanny jest niechybna śmierć Marissy Wiegler, dlatego sumiennie szkoli on swoją córkę na perfekcyjnego zabójcę. Z rolą tą Hanna nie ma najmniejszych problemów, jednak kiedy dochodzi do zderzenia nastolatki z cywilizowanym światem współczesnym, okazuje się, że największą przeszkodą w zrealizowaniu mrocznych planów ojca jest utracone dzieciństwo Hanny. Nasza bohaterka próbuje odnaleźć się w świecie, z jakim nie miała jeszcze do czynienia...
Nauczyć się posługiwać kilkoma współczesnymi urządzeniami - to dla Hanny nie problem, ale nadrobić braki w zwykłej komunikacji interpersonalnej, w rozmaitych niuansach relacji międzyludzkich - to może być o wiele trudniejszym zadaniem. Z takimi właśnie refleksjami mamy do czynienia w filmie Hanna, który - bądź co bądź - utrzymany jest w konwencji kina sensacyjnego. W wielu momentach film ten stara się jednak wymykać nadanej mu konwencji, serwując widzowi niezwykłe, bardzo plastyczne (wręcz przerysowane!) scenografie i ujęcia, którym warto przyjrzeć się przez dłuższą chwilę. Ponadto film zaskakuje świetną ścieżką dźwiękową autorstwa The Chemical Brothers. Powiem wręcz, że udźwiękowienie to jeden z najlepszych elementów tego filmu. Całość wciąga zatem wartką akcją, chwilami mrożącym krew w żyłach napięciem, ale również niekłamanym przesłaniem na temat dzieciństwa i dojrzewania. Kapitalna rozrywka!
werdykt:
8/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































