RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA

sobota, 31 marca 2012

WIECZNA WOJNA - Marvano, Haldeman

"RECENZJA" KOMIKSU
Tak się jakoś składa, że wszystkie komiksy dotychczas opisywane przeze mnie na łamach Odległych Światów to albumy wybitne, bądź "tylko" bardzo dobre. Tym samym wszystkie moje dotychczasowe recenzje komiksów są raczej rekomendacjami, aniżeli prawdziwymi "recenzjami". Nie inaczej jest i tym razem, ponieważ chciałbym przedstawić bodaj najlepszy komiks science fiction, jaki widziałem i czytałem, czyli album zatytułowany Wieczna wojna.


KILKA SŁÓW O WYDANIU
Komiks Wieczna wojna jest adaptacją powieści o tym samym tytule, której autorem jest Joe Haldeman, weteran wojny w Wietnamie. Komiksowa adaptacja tego dzieła trafiła do Polski w 1990 roku, za sprawą magazynu "Komiks", związanego z miesięcznikiem "Fantastyka". Całą opowieść tworzyły wówczas trzy albumy (część drugą i trzecią historii wydano w roku 1991 i komiksy te są dziś raczej trudno osiągalne, jeżeli chodzi o możliwość zakupu, choć z pomocą niejednokrotnie przychodzą portale aukcyjne). Na szczęście w 2009 roku wydawnictwo Egmont przysłużyło się wielu fanom komiksu wydając trzy części Wiecznej wojny w jednym albumie, swoją drogą w bardzo przyjemnej oprawie i na "kredowym" papierze. W stosunku do pierwotnego polskiego wydania Egmont zmienił też format kartek na nieco mniejszy, co akurat niespecjalnie przypadło mi do gustu, ale i tak nie umniejsza to przyjemności z oglądania, czytania i "obcowania" z Wieczna wojną.



Okładki pierwszego polskiego wydania "Wiecznej wojny" delikatnie mówiąc nie porażały wyglądem. No, może jeszcze pierwsza część jakoś ujdzie, bo druga i trzecia raczej straszą tandetą...

WIETNAM W KOSMOSIE
Komiks ten przenosi na kosmiczny grunt wojnę w Wietnamie, której doświadczył Haldeman, jednakże przesłanie opowieści jest raczej uniwersalne i może być odniesione do każdej wojny, jako zjawiska. Głównym bohaterem Wiecznej wojny jest William Mandella, żołnierz elitarnej jednostki wojskowej, w skład której weszły osoby o ponadprzeciętnym zdrowiu, wytrzymałości i IQ wynoszącym powyżej 150. Mandella wraz z pozostałymi wybrańcami zostaje poddany intensywnemu szkoleniu, które ma przygotować żołnierzy do kontaktu bezpośredniego z wrogiem, którym są Bykarianie, czyli tajemnicza rasa mieszkańców planety Aldebaran w gwiazdozbiorze Byka. Problem w tym, że w momencie odbywania przez żołnierzy szkolenia żaden człowiek nie widział jeszcze Bykarianina na oczy. Wiadomo tylko tyle, że Bykarianie są agresorem zagrażającym całej ludzkości, co sprawia, że funkcjonowanie całej niebieskiej planety zostaje  niemal całkowicie podporządkowane wojennej mobilizacji.

"TYLKO MARTWI UJRZELI KONIEC WOJNY"
Wieczna wojna opisuje historię pewnego konfliktu wojennego, ale przede wszystkim kładzie nacisk na dramatyczne losy ludzi, którzy muszą stawić czoła okrucieństwu wojny. Bohaterowie komiksu muszą stawić czoła własnym słabościom i ułomnościom, bo wojna nie wybacza popełnianych błędów. Wojna w tym komiksie rządzi się również swoimi specyficznymi prawami. Bywa nielogiczna, absurdalna i nieprzewidywalna, a ponadto ta ostania cecha najlepiej opisuje sam finał konfliktu pomiędzy Ludźmi i Bykarianami. Więcej na temat fabuły i przesłania komiksu nie powiem, żeby nie psuć potencjalnym czytelnikom radości z odkrywania tych elementów komiksu. Zapewniam jednak, że scenariusz Wiecznej wojny jest więcej niż interesujący, a historia opowiadana jest w taki sposób, że lektura po prostu wciąga jak odkurzacz.

TRANSPONOWANIE MYŚLI W OBRAZY
Co do warstwy graficznej, to właściwie nic poza superlatywami nie przychodzi mi do głowy. Styl rysunków Marvano doskonale wpisuje się w konwencję science fiction, co widać zwłaszcza po wszelakich budynkach, pojazdach, statkach kosmicznych i broni, jakie oglądamy na kartach komiksu. Rysunki zaskakują czasami szczegółowością, a innym razem porażają pięknem prostoty i wymowności. Jednak niesamowity klimat zawdzięczają w dużej mierze świetnie dobranym barwom (autorstwa Bruno Marchanda), które chyba w najlepszy z możliwych sposobów oddają pustkę i chłód kosmosu oraz klaustrofobię towarzyszącą ludziom znajdującym się wewnątrz żelaznych, zawieszonych w próżni "puszek". Poza tym jednak w komiksie nie brakuje rysunków prezentujących rozległe przestrzenie, zwłaszcza powierzchni planet, które wyglądają równie obco i tajemniczo, co wspomniany bezkres kosmosu.













CZAS NA SENTYMENTY
Wieczna wojna jest komiksem, którego nigdy nie zapomnę. Jest to jednocześnie jeden z tych komiksów, do których wracam najczęściej. I do dziś, niemal za każdym odczuwam tą samą fascynację, jaka towarzyszyła mi podczas pierwszego kontaktu z historią Williama Mandelli, co miało miejsce jakieś 16-17 lat temu. Ale z tym częstym wracaniem trzeba jednak uważać, bo przecież każda świętość może szybko spowszednieć. Kończę swoją "recenzję" wystawiając "bardzo obiektywną" ocenę. Ale i tak, bez względu na jakieś tam noty i numerki, Wieczną wojnę warto poznać. Polecam...

werdykt:
10 /10

czwartek, 1 marca 2012

"O koniu i jego ludziach", czyli kilka przemyśleń po obejrzeniu filmu "War Horse" [Czas Wojny] w reżyserii Stevena Spielberga

Najwyższa pora zacząć weryfikować filmowe oczekiwania 2012 roku. Na pierwszy ogień idzie koń, czyli film przygodowo - wojenny pt. War Horse.


War Horse to epicka opowieść, a nawet "filmowa laurka" o przyjaźni człowieka i zwierzęcia, o lojalności, nadziei i wytrwałości na froncie I wojny światowej. Film przedstawia historię ludzi, których losy związane są z losami konia o imieniu Joey. Koń ten dorasta na angielskiej farmie, by potem trafić do Francji i wziąć udział w dramatycznych wydarzeniach dziejących się podczas wojny. Ciekawostką jest fakt, że "zwierzakowi" przyjdzie służyć po obu stronach konfliktu, towarzysząc ludziom różnych narodowości. Szczęście Joey'a polegało na tym, że udawało mu się trafiać na osoby, którym wojna była "nie po drodze" i nie mogli oni pojąć jej okrucieństwa.

Historia opowiadana w War Horse jest obarczona dużą dozą patosu i naiwności, jednak nawet jeżeli pokłady infantylizmu tej opowieści byłyby znacznie większe, film i tak by mi się podobał. Ma na to wpływ kilka elementów, a mianowicie:

a) widowiskowość, jaką twórcom War Horse udało się osiągnąć bez użycia cyfrowych efektów specjalnych. Sceny batalistyczne są naprawdę dynamiczne i emocjonujące, nagrane bez zbędnych "ulepszaczy". Oko cieszą też dopracowane w najdrobniejszych szczegółach scenografie;
b) muzyka, której autorem jest jeden z najbardziej cenionych kompozytorów związanych z Hollywood, czyli John Williams. Soundtrack filmu jest naprawdę niezły. Podniosłe, symfoniczne utwory, przy których trudno nie uronić łezki to w zasadzie żadna nowość w tego typu produkcjach, ale utworom Williamsa nie można odmówić "jakości";
c) kapitalna scena rozgrywająca się na polu walki, kiedy zaplątanemu w druty kolczaste Joey'owi próbują pomóc dwaj żołnierze: Anglik i Niemiec. Początkowo ich dialog rozgrywa się "na ostrzu noża", by potem ukazać obu żołnierzom ludzkie oblicze swojego wroga i podać w wątpliwość sens konfliktu, w którym uczestniczą;
d) gra aktorska... zwierząt. Wygląda na to, że zwierzęta są najbardziej wiarygodnymi i naturalnymi aktorami. Na uwagę zasługują również efekty tresury, jaką musiały przejść niektóre z nich. W jednej ze scen rozpędzony na polu bitwy koń próbuje z rozmachem przeskoczyć okop, co nie do końca mu się udaje. Zwierzę przewraca się na ziemię, po czym podnosi się i galopuje dalej wewnątrz okopów, pomiędzy uciekającymi na boki żołnierzami. Na dużym ekranie wygląda to niesamowicie. Zachodzę w głowę, jak filmowi spece zmusili konia do takiego wyczynu. Albo był tak wytresowany, albo scena była w dużej mierze dziełem przypadku. Bez względu na okoliczności - należą się duże brawa.


I na tym kończę, wystawiając filmowi War Horse bardzo wysoką notę, co jest zaskoczeniem nawet dla mnie. Nie jest to dzieło epokowe, ale chyba nawet sam Spielberg nie miał na celu uczynienia filmu War Horse czymś, czym film ten nigdy nie miał szansy się stać. To po prostu "ładny film", który prawdopodobnie za parę lat będzie oglądany przez rodziny zgromadzone przy telewizorach, tuż po niedzielnym obiedzie.

werdykt:
/10

czwartek, 16 lutego 2012

Wszyscy jesteśmy podróżnikami w czasie... - recenzja powieści "Stanie się czas" Poula Andersona


Jack Havig jest człowiekiem, który posiada niezwykłą umiejętność: potrafi podróżować w czasie. Nie wiadomo, jak tego dokonuje, ale jego talent wydaje się być wynikiem jakiejś mutacji. W każdym razie już się z tym urodził, więc podróżowanie do przyszłości i przeszłości przychodzi mu niemal tak łatwo, jak oddychanie. Są z tym jednak pewne problemy. Jack nie może zabierać ze sobą i przenosić w czasie ciężkich przedmiotów, nie może precyzyjnie wymierzyć momentu, w którym akurat chce się znaleźć, bo robi to na tzw. "czuja". Jest jeszcze kilka innych problemów technicznych, ale co tam... Podróżowanie w czasie daje spore możliwości. Dość łatwo można się wzbogacić lub manipulować innymi ludźmi, chyba, że natrafi się na... innych podróżników w czasie. Teoretycznie nie jest łatwo na nich natrafić, bo każdy osobnik posiadający umiejętność swobodnego przemieszczania się w czasie będzie swój talent skrzętnie ukrywał przed innymi, kierując się egoizmem albo obawą przed posądzeniem o obłąkanie. Ale jak już chciałoby się znaleźć innych podróżników w czasie, warto pomyśleć o wybraniu się do czasu jakiegoś znamienitego i kluczowego dla losów świata wydarzenia. Jak się okazuje, dobrym wyborem jest Jerozolima w momencie Ukrzyżowania...

Realizując ten pomysł Jack Havig po raz pierwszy spotkał innych podróżników w czasie. Niestety mieli oni zupełnie odmienne poglądy na sposób wykorzystania umiejętności podróżowania w czasie, zakładali również wykorzystanie samego Jacka Haviga do realizacji swoich niecnych planów. Główny bohater powieści Stanie się czas nie jest jednak konformistą i zawsze postępuje w zgodzie ze swoim sumieniem. Podczas wielu podróży w czasie będzie mu dane ujrzeć nie tylko zagładę ludzkości, ale również rozwój nowej cywilizacji, której będzie przewodził tajemniczy lud Maurai.

Powieść Stanie się czas jest lekkim, rozrywkowym, ale nie pozbawionym inteligencji utworem z gatunku science fiction. Książka została napisana w 1973 roku i obecnie (niestety) zauważalne są w niej pewne anachroniczne pomysły i nietrafione wizje przyszłości. Autor nie przewidział na przykład wynalezienia czegoś takiego jak telefon komórkowy, zatem pewne problemy podróżników w czasie były dla mnie co najmniej niezrozumiałe, a wręcz niedorzeczne. Nie do końca przekonała mnie również przedstawiona przez Poula Andersona wizja samych podróży w czasie, a dokładnie zupełny brak tzw. paradoksów czasowych. Według teorii użytej przez autora nie można - cofając się w czasie - zmienić kluczowych wydarzeń w swoim życiu, ani w życiu innych ludzi. Nie ma więc alternatywnych światów i alternatywnej historii, bo ta biegnie tylko jednym torem, nie licząc drobnych odchyłów. Mimo tego, jeżeli przymkniemy oko na drobne nielogiczności i uproszczenia fabularne, a także przyjmiemy słuszność założeń autora co do technicznych aspektów podróży w czasie, powieść Stanie się czas dostarczy nam sporej dawki niegłupiej rozrywki. Dla miłośników tego specyficznego "działu" sci-fi, jakim są utwory o podróżach w czasie, jest to pozycja obowiązkowa albo po prostu kolejna na liście "do odhaczenia". Osobiście jestem niemalże wielbicielem tego rodzaju literatury sci-fi, ale ze względu na kilka wyżej wymienionych aspektów, które w moich oczach  były wadami, przyznaję powieści "tylko" siódemkę. Ale za to solidną.

werdykt:
7 /10

sobota, 4 lutego 2012

z cyklu "Moje meble" cz. 2


Cykl "Moje meble" dedykuję pamięci Andrzeja Butruka (1964-2011).


Podnóżek

Mam ja w domu dwa podnóżki
Jeden polski, drugi ruski
Oba śliczne jak cholera
Lecz,
Jeden nogi lepiej wspiera

***

Kontuar

Marzę, że przy kontuarze
Znów się kiedyś przepoczwarzę...

***

Komoda

Gdy trzymam swą dłoń w komodzie
Dokuczliwie coś mnie bodzie
Sprawdzam, co to za maszkara
A, to taki minibaran...

***

Leżanka

Wstrętne mam ja dwa dwa bratanki
Precz bydlęta z mej leżanki!

***

Półkotapczan

Gdybym ja miał wskazać mebel
Który wspiął na wyższy szczebel
Przechowanie, jak i spanie
Powiedziałbym
O półkotapczanie

***

Stół

Ręką w stół uderzam
Lecz stół ani drgnie.
Moja hipoteza:
Mam za słabą pięść.

***

Stół (wersja opcjonalna)

Uderzam dłonią w stół
Lecz stół ani drgnie
Tylko palec mój
Chyba mi się wgnietł.

***


wtorek, 31 stycznia 2012

"Moje meble" cz. 1 - w odpowiedzi na "Strofy z sofy" pewnego Wielkiego Poety

Zapraszam na nowy cykl poezji (nie)wysokich lotów, czyli kolejną porcję antypoezji. Cykl ten nazwałem w dość minimalistyczny sposób: "Moje meble". I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć swój komentarz, tyle, że muszę nawiązać tu do źródła jego powstania. A źródłem tym jest pewien satyryczny program telewizyjny nadawany w latach 1995-2000. Chodzi oczywiście o KOC, czyli Komiczny Odcinek Cykliczny. Jeśli pamiętacie ten program, z pewnością wiecie doskonale do czego chcę nawiązać. KOC miał swoje stałe, żelazne wręcz punkty, a jednym z nich były wiersze natchnionego Poety w cyklu "Strofy z sofy". Tu małe przypomnienie (albo jak ktoś nie widział, to niech nadrobi te karygodne zaległości):



Ja natomiast, aby nie powielać tych genialnych utworów, ale raczej rozwinąć konwencję, wziąłem na warsztat pierwszą lepszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy, a jaka odpowiadałaby przyjętemu w KOC-u schematowi. Padło na meble i okazało się, że to trafny wybór, o czym - mam nadzieję - będą mogli przekonać się wszyscy czytelnicy.

...z cyklu "Moje meble":

Taboret

Och, Taborecie!
Me drewniane dziecię!
Gdybyś umiał mówić przecie,
Rzekłbyś pewnie:
"ecie pecie..."

***

Meblościanka

Wita mnie każdego ranka
Z taniej sklejki meblościanka.
Smutny jest więc każdy ranek,
Lecz cóż wymagać
Od meblościanek?

***

Kufer

Naprawdę wielki jest mój kufer.
Dobrze to,
A wręcz super.

***

Bieliźniarka

W nowej, pięknej bieliźniarce
Trzymam gacie
Po mym tacie.

***

Kredens

Siedząc przy kredensie
Myślę o życia sensie.
I tak konstatuję,
Że sens właśnie tu jest.
Mego życia sens
Tu, gdzie ten kredens.

***

Sofa

Gdybyś, moja piękna Sofo
Zastąpiła mi gramofon,
Byłbym ci ja bardzo wdzięczny,
Bo gramofon mi się spieprzył.

***
c.d.n.

czwartek, 26 stycznia 2012

Pluszaki, Bulwy i żywe Kamulce, czyli wizyta w knajpie "Grillbar GALAKTYKA"

Dziś kilka (no, może trochę więcej...) słów o bardzo przyjemnej książce, a mianowicie o powieści Grillbar GALAKTYKA, której autorką jest Maja Lidia Kossakowska. Nigdy wcześniej nie czytałem powieści tej autorki, bo z tego co już zdążyłem się zorientować, Kossakowska tworzy głównie utwory fantasy, a tym razem proszę: nie dość, że Grillbar GALAKTYKA można bez wahania zaliczyć do gatunku science fiction, to na dodatek jest to bardzo humorystyczne science fiction, a zarazem space opera pełną gębą.


Ponad wszystko jednak Grillbar GALAKTYKA to książka o kuchni i gotowaniu, ale w wydaniu iście kosmicznym. Za sam pomysł należy się duże uznanie dla autorki, bo powieść jest po prostu oryginalna. Głównym bohaterem książki jest Hermoso Madrid Iven, szef kuchni w restauracji "Płacząca Kometa". Ma on pod swoimi skrzydłami naprawdę wybuchową mieszankę podopiecznych z różnych zakątków wszechświata: Bulwy, Oktopusanie, Ślimaczniki, Syreny i wiele innych. Każda z ras specjalizuje się w innych czynnościach kuchennych, jak np. Bulwy, czyli istoty wyglądem przypominające przerośnięte warzywa, które nie mają sobie równych w... krojeniu i porcjowaniu mięsa. Menedżerem restauracji jest np. Gliniasty Antracytowy Odprysk, który należy do gatunku Pluszaków z planety Kronos. Wachlarz potraw serwowanych w "Płaczącej Komecie" jest równie imponujący, co skład jej załogi. Podają tu np. gromotnika z Liry, laudyjskiego grzywacza ponczowego, zielonolistki, czarnotrufle z Jugot, ryczybuhaja aldebarańskiego i całą masę innych smakołyków. Drugi plus dla autorki za pomysłowe nazewnictwo. Choć nie jest to może poziom znany z powieści i opowiadań Stanisława Lema, to i tak jest ciekawie, zabawnie, a przy tym inteligentnie. Zresztą porównanie powieści Grillbar GALAKTYKA do humorystycznej części twórczości Lema nie jest w tym przypadku zbyt szczęśliwe. To raczej nie ten kaliber. Powieści Kossakowskiej zdecydowanie bliżej do Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa lub opowiadań Henry'ego Kuttnera (np. cykl o Hogbenach, cykl o Gallegherze).

W olbrzymim kotle planet, ras i obyczajów rysuje się fabuła powieści Grillbar GALAKTYKA, która oscyluje pomiędzy komedią i przygodą z kryminalnym wątkiem. Nie będę tu zdradzał wiele szczegółów, ale dodam tylko, że Hermoso Madrid Iven, jako międzygalaktyczny kucharz wpadnie w naprawdę wielkie tarapaty. Jego przygody są momentami bardzo nieprzewidywalne (kolejny plus!) i awanturnicze. Poza inteligentnym podejściem do tematu (nazewnictwo i użyte pomysły) książka zaskoczyła mnie swoją "lekkością" i tym, że fantastyczne przygody w świecie kosmicznej kuchni były naprawdę wciągające i nie przynudzały. Muszę przyznać, że było sporo momentów, w których uśmiech nie schodził z facjaty. Jak tu się nie śmiać, gdy np. narrator "z pełną powagą" przytacza nazwy wyznań (religii), jakie posiadają swoich kosmicznych misjonarzy: "Arkturiański Kościół Siwej Gąski Siwej" i "Wyznawcy Czarnego Prostopadłościanu"? Kolejny plus dla autorki za genialne poczucie absurdu.

Poza całym kosmicznym tałatajstwem i space operowymi pomysłami w Grillbar GALAKTYKA można znaleźć bardzo dużo odniesień do naszej szarej - ale wcale nie mniej absurdalnej - rzeczywistości. I tak na przykład mamy Unię Galaktyczną zrzeszającą różne planety i narody, a dodatkowo ustanawiającą swoje wspólnotowe prawo (czy my to skądś znamy?). Jednym z pomysłów Unii Galaktycznej jest wprowadzenie do jadłospisu wszelkich punktów gastronomicznych gęstej zielonej papki, która miałaby zastąpić mięso. Rzecz jasna ten "postępowy" pomysł nie znajduje wielu zwolenników wśród intergalaktycznych kucharzy i restauratorów. Natomiast namacalnym dowodem na obecność urzędniczych łapsk Unii Galaktycznej w "Płaczącej Komecie" jest postać kontrolera, który nazywa się Archistrategus Bar i jest Kamulcem, to znaczy "żywym kryształem z układu Gemmy". Kontroler ten, jako żywy kryształ nie posiada układu pokarmowego, zatem nigdy w życiu niczego nie jadł. I jak na ironię losu jest unijnym specjalistą od żywienia! Czy to aby do złudzenia nie przypomina pewnych "idei" i absurdów znanych z funkcjonowania naszej ukochanej Unii E*****skiej? Pewnie, że tak! I tu muszę przyznać autorce następnego plusa: za krzewienie wśród czytelników fantastyki - choćby w najmniejszym stopniu, ale zawsze - libertariańskich idei. Nie, żeby była to książka o polityce, ale ogólny przekaz wydaje się być naprawdę "wolnościowy".

Gdybym miał wskazać jakieś wady tej powieści, to z pewnością byłby to epizod, w którym załoga "Płaczącej Komety" musi zmierzyć się z obcym organizmem przypominającym ksenomorfa ze słynnej serii filmów z Sigourney Weaver w roli głównej. Może niektórym taki pastisz Obcego nawet przypadnie do gustu, ale w moim przekonaniu ten szczególny wizerunek obcych jest już w popkulturze tak wyeksploatowany, że kolejne jego wykorzystanie może razić. Wolałbym, żeby autorka wymyśliła w tym miejscu charakterystykę jakiejś bliżej nieokreślonej istoty, która jednak byłaby tworem oryginalnym. Na szczęście przygoda z Obcym (tym Obcym!) w Grillbar GALAKTYKA stanowi tylko dość krótki epizod, w dodatku nie mający właściwie żadnego znaczenia dla głównej osi fabularnej powieści. Poza tym uważam, że samo zakończenie książki również mogłoby być bardziej oryginalne i zaskakujące, ale to w zasadzie tylko czepialstwo, bo Grillbar GALAKTYKA to kawał dobrej, czysto rozrywkowej literatury sci-fi.

Kończę swoje wywody przyznając autorce (i książce) wysoką notę, a wszystkim niedowiarkom mówię: Polacy nie gęsi i swoje Autostopem przez galaktykę mają.

werdykt:
/10

poniedziałek, 16 stycznia 2012

NIE BÓJ SIĘ CIEMNOŚCI... bo nie ma czego się bać [recenzja]

Nie bój się się ciemności to horror w reżyserii niejakiego Troy'a Nixey'a, a producentem i scenarzystą jest  tu nie kto inny jak Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Kręgosłup Diabła, Oczy Julii). Nie da się jednak ukryć, że jest to jeden z najmniej udanych horrorów w karierze tego twórcy. Film zrealizowany jest przyzwoicie, ale nie porywa. Jednak jego najgorszym grzechem jest to, że nie straszy...


Fabuła filmu opiera się na zmodyfikowanym schemacie nawiedzonego domu. Mamy zatem dużą, starą rezydencję, która kryje w sobie wiele tajemnic poprzednich jej mieszkańców. Tym razem jednak chodzi o mroczne wyobrażenie "wróżek zębuszek", które bynajmniej nie przypominają wróżek, jakie znamy z baśni i bajek dziecięcych, ale są małymi, szkaradnymi gnomami, które porywają dzieci dla ich śliczniutkich, małych ząbków. Gnomy te żyją odwiecznie w swojej jaskini, z której wyjście stanowi popielnik w piwnicy starej rezydencji. W to miejsce trafiają zaś główni bohaterowie filmu, czyli facet rozwodnik ze swoją nową dziewczyną i jego smutne dziecko. Nie sposób nie domyślić się, co będzie głównym motywem fabuły i jakie wydarzenia będą dalej następowały. Gnomy straszą małą dziewczynkę, a tej oczywiście żaden z dorosłych nie chce uwierzyć w choćby jedno słowo na temat okropieństw, jakie ją spotykają. Jedynym ratunkiem jest światło, bo to jedyna rzecz, jakiej boją się wredne i złowrogo nastawione małe istoty.

Jak widać koncept scenarzystów nie wprowadza na ekrany jakiejś niewyobrażalnej grozy. Film stara się raczej straszyć widza drobiazgami. Niestety, o ile udawało się to w wielu poprzednich filmach Guillermo del Toro, o tyle w Nie bój się się ciemności groza jest raczej umowna. Zresztą nie bardzo sprzyja jej sam pomysł z "wróżkami zębuszkami", do których dorobiono nawet śmiertelnie poważną teorię, jakoby w dawnych wiekach stworzenia te zawarły pakt z papieżem, że nie będą porywać dzieci, jeżeli te będą umieszczać wypadające ząbki pod poduszkami. A w zamian pod poduszkami dzieci znajdowały samorodki srebra. Teoria raczej śmiechu warta i ciężka do przełknięcia, chyba, że... Chyba, że jest się dzieckiem w wieku - powiedzmy - od siedmiu do dziesięciu lat. I taka właśnie jest moja puenta. Z pewnością bałbym się oglądając Nie bój się się ciemności, pod warunkiem, że mój wiek można byłoby umieścić w wyżej wymienionym przedziale.

Na pocieszenie dodam jednak, że jedna scena nawet mi się spodobała. Chodzi o scenę z dziewczynką, która siedzi pod kołdrą z latarką w dłoni i po woli ową kołdrę odsłania. Końcowy efekt jest przewidywalny, ale mimo wszystko "przyjemny". Poza tym całość ratuje dość ciekawe zakończenie, całkiem w stylu Guillermo del Toro, raczej bez "happy endu". Dlatego też szkoda, że film pretendujący do miana solidnego horroru poległ niemal na całej linii. Zjadła go dość irytująca, infantylna i przewidywalna fabuła oraz niedostatek prawdziwych emocji. Pomimo, że nie jest to w żadnym wypadku realizacyjne dno, film poniósł zasłużoną porażkę.

werdykt:
/10


czwartek, 29 grudnia 2011

PREMIERY KINOWE 2012 - szykuje się sporo podróży w Odległe Światy

Tuż przed końcem 2011 roku zapraszam na krótki i mocno subiektywny przegląd najbardziej oczekiwanych premier kinowych, które obejrzymy (w Polsce) w roku 2012. Moje zestawienie (poza kilkoma wyjątkami) jest ukierunkowane tematycznie na "Odległe Światy", czyli historie mało realistyczne, a nawet zupełnie oderwane od rzeczywistości. Wszystkich fanów fantasy z góry przepraszam za pominięcie Hobbita. To  będzie z pewnością bardzo ważna premiera, ale chyba zbyt oczywista, jak na mój ranking. I "za bardzo fantasy" :-)



The Hunger Games (Igrzyska Śmierci) - to dramat / sci-fi / thriller będący adaptacją powieści niejakiej Suzanne Collins. Prawdopodobnie jest to pozycja godna uwagi fanów fantastyki, ale dzieło to może okazać się rzewne, ckliwe i przeznaczone tylko dla nastolatków. Obym jednak mylił się choć odrobinę... [zobacz TRAILER]


The Avengers, czyli cała kupa marvelowskich superbohaterów komiksowych w jednym filmie. Wiadomo, że żadnego arcydzieła z tego nie będzie, ale przecież nie o to chodzi, a jedynie o dobrą zabawę. Pozycja obowiązkowa dla fanów amerykańskich komiksów. [zobacz TRAILER]


Hell - to postapokaliptyczny thriller / sci-fi produkcji niemiecko - szwajcarskiej. Ziemia spalona słońcem to temat, którego jeszcze nie było w kinie (oczywiście nie liczę tu produkcji sci-fi typu W stronę słońca (2008), bo to właściwie nie postapokalipsa). Oby tylko produkcja nie okazała się tania i tandetna... [zobacz TRAILER]


War Horse (w polskiej wersji: Czas Wojny [sic!]) - to dramat, który z pewnością będzie rzewny i wzruszający, ale historia zapowiada się dosyć ciekawie i oldskulowo. Mam nadzieję, że dobry wujek Spielberg przywróci  choć odrobinę wiary w magię kina. [zobacz TRAILER]


The Cabin in the Woods, czyli Domek w Lesie to - być może - kolejny, głupawy amerykański horror, ale z zapowiedzi wynika, że film nawiązuje wieloma pomysłami do pamiętnego thrillera Cube. A samo to już wystarczy, żebym zainteresował się ta produkcją. [zobacz TRAILER]


Red Tails - to dramat wojenny o bohaterskiej eskadrze czarnoskórych pilotów walczących podczas II wojny światowej. Film ten interesuje mnie głównie ze względu na efekty specjalne i widowiskowe walki powietrzne z udziałem maszyn typu "Mustang", czy B-17 "Flying Fortress". Sam pomysł na fabułę trąci mi tu jednak tzw. poprawnością polityczną, a tego nie lubię! [zobacz TRAILER]


John Carter - to produkcja z gatunku przygodowego sci-fi. Szykuje się widowisko pokroju Avatara. To może być naprawdę dobre, rozrywkowe kino sci-fi. Oby tylko John Carter nie okazał się tak sztampowy i "oryginalny inaczej", jak wspomniany Avatar. [zobacz TRAILER]


Prometheus Ridley'a Scotta to pozycja "must see" w moim zestawieniu. Mam nadzieję, że będzie to udany powrót do prawdziwego, poważnego sci-fi. Akcja filmu toczy się w uniwersum znanym z Obcego. I to już powinna być dla wszystkich wystarczająca rekomendacja. Oby tego nie spieprzyli, a będziemy mieli w przyszłym roku piękne lato... [zobacz TRAILER]


The Dark Knight Rises - zdaje się, że polski tytuł będzie brzmiał Mroczny Rycerz Powstaje. Mogliby coś takiego po prostu sobie darować... A tak poza tym: wierzę w Christophera Nolana i wiem, że na pewno tego nie spartoli. Lato w 2012 roku będzie zatem bardzo gorące. Nowy film o Batmanie to dla mnie numer jeden na liście najbardziej wyczekiwanych filmów nadchodzącego roku. Jedyny minus jest taki, że The Dark Knight Rises ma być ostatnią przygodą Nolana z Batmanem. Jeżeli w rzeczywistości tak będzie, mogą na tym stracić tak Nolan, jak i Batman (no i oczywiście widzowie). Trzeba się jednak cieszyć z tego co jest (a właściwie z tego, co będzie). A zatem: niech żyje Batman! Niech żyje rok 2012! [zobacz TRAILER]

czwartek, 22 grudnia 2011

Kain, czyli niegrzeczna wersja Conana


Dziś chciałbym zarekomendować Wam pewien cykl książek fantasy. Jednak już na wstępie muszę zaznaczyć: nie jestem wielkim fanem gatunku fantasy, a szczególnie nie lubię klasycznej fantasy. Na każdą kolejną powieść, komiks czy film, które opowiadają o wojownikach, elfach, krasnoludach, smokach, magii i pałacowych intrygach patrzę raczej z pogardą lub co najmniej z dużym sceptycyzmem. Po prostu wydaje mi się to mało oryginalne. Być może taka tematyka już się dla mnie wyczerpała. Muszę przyznać, że zawsze większą estymą darzyłem utwory sci-fi i póki co ten stan się nie zmienia. Dlaczego więc mam zamiar polecić czytelnikom jakąś książkę fantasy? Dlatego, że zdarzają się wyjątki. I dlatego, że niektórzy twórcy pokazują, że fantasy nie musi być nudne i nie musi bazować na tych samych, oklepanych schematach i rozwiązaniach. Do takich twórców zaliczyłbym z pewnością Sapkowskiego i jego sagę o Wiedźminie, ale to właściwie znają już wszyscy. Natomiast Davida Gemmella i jego powieści zna już znacznie węższa grupa czytelników. A szkoda, bo to naprawdę ciekawy twórca, łączący w swoich utworach rozmaite gatunki ogólnie pojętego nurtu fantastyki. No i jeszcze Karl Edward Wagner. To on na nowo zdefiniował postać biblijnego Kaina, krzyżując go z... Conanem Barbarzyńcą.

Karl Edward Wagner stworzył cykl powieści i opowiadań, których głównym bohaterem (a może właściwie antybohaterem) jest Kane: rudowłosy, umięśniony wojownik o lodowatym spojrzeniu. Kane to nie kto inny, jak biblijny Kain, który (w wersji Wagnera) po zabiciu swojego brata Abla został przeklęty przez Boga i wygnany na wieczną tułaczkę po świecie. Poza tym Kane jest nieśmiertelny, co sprawia, że na dłuższą metę jest postacią tragiczną. Śledząc jego losy na kartach powieści i opowiadań Wagnera można początkowo odnieść wrażenie, że to naprawdę negatywna postać. Ale tak nie jest do końca. Kane przemierzając pradawny świat (wstawcie tu sobie wszelkie elementy znane z fantasy) realizuje swoje egoistyczne cele. Dlatego też bywa zarówno protagonistą, jak i antagonistą. Byle tylko osiągnąć swoje, w dodatku często "po trupach". Jest to taki bohater, którego nie da się właściwie polubić, ale też jego postępowanie nie czyni go złym do szpiku kości. Nawet Kane'em targają czasami wątpliwości i wyrzuty sumienia, choć może się wydawać, że takie momenty należą do rzadkości. Poza tymi cechami postać Kane'a przypomina wspomnianego wcześniej Conana, albo jakiegoś innego reprezentatywnego bohatera z podgatunku tzw. heroic fantasy (np. Elak z Atlantydy Henry'ego Kuttnera). Ogólnie rzecz ujmując uważam, że wrzucenie biblijnego "protoplasty morderstwa" do świata fantasy było trafionym pomysłem.

Przygody Kane'a bywają awanturnicze, magiczne i mroczne. Jest tu wszystko co w dobrym fantasy być powinno, a nawet więcej (drobne elementy sci-fi!). Mi osoboście najbardziej przypadło do gustu opowiadanie, w którym na bluźniercę Kane'a poluje grupa fanatycznych krzyżowców, którzy nie wahają się mordować z zimną krwią w imieniu miłosiernego Boga. Szybko jednak okazuje się, że role się odwracają i myśliwi stają się zwierzyną łowną (nie pamiętam już samego tytułu, ale opowiadanie to znajduje się w zbiorze pt. Cień anioła śmierci).

W Polsce zostało wydane dokładnie pięć książek z udziałem Kane'a. Ich lista przedstawia się nastepująco (kolejność  chronologiczna):

  • Pajęczyna ciemności (książka wydana w Polsce również pt. Pajęczyna utkana z ciemności),
  • Krwawnik,
  • Wichry nocy (zbiór opowiadań),
  • Cień anioła śmierci (zbiór opowiadań),
  • Mroczna krucjata.

Jeżeli chodzi o zbiory opowiadań, to zdecydowanie polecam tytuł Cień anioła śmierci, na który składają się tylko trzy, ale za to świetne opowiadania (przeczytałem je już dwukrotnie). Natomiast spośród powieści moim faworytem jest Krwawnik, choć oczywiście najlepiej jest zacząć przygodę z Kane'em od otwierającej cykl Pajęczyny ciemności. Największy niedosyt pozostawia moim zdaniem powieść Mroczna krucjata, ale nie dlatego, że jest jakaś  szczególnie nieudana, tylko po prostu pozostawia otwarte zakończenie. A ciągu dalszego już nie ma. Przynajmniej jeżeli chodzi o książki wydane w Polsce. Utworów o Kane'ie Wagner napisał trochę więcej, ale niestety nie doczekały się one polskich wydań, nad czym, rzecz jasna, bardzo ubolewam. Utwory o Kan'ie trzymają różny poziom, ale gdybym miał ocenić cykl jako całość, to moja nota oscylowałaby gdzieś w okolicach 8/10. Z pewnością jest to cykl, który na długo pozostanie w mojej pamięci, a na mojej półce z książkami zawsze znajdzie swoje zasłużone miejsce. I z pewnością kiedyś do niego wrócę, pewnie nie jeden raz. Jeżeli zatem zobaczycie gdzieś powyżej zaprezentowane okładki (najłatwiej pewnie na aukcjach internetowych) i lubicie heroic fantasy, to nie wahajcie się długo. Ja się nie waham i daję Kane'owi swoją rekomendację.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 4): Conan Barbarzyńca, Kowboje i obcy, Geneza planety małp

Conan Barbarzyńca (2011)
gatunek: fantasy
podobne do: Conana Barbarzyńcy :-) ew. do "Tropiciela" (2007)
o czym: O dziecku, które urodziło się na polu bitwy i którego rodzice (jak i cała wioska) zostali zabici przez okrutnego nekromantę. Conan postanawia się na nim zemścić. Jako niezwyciężony wojownik przemierza morza i lądy, pomaga uciśnionym i karmi swój miecz obficie tryskającą posoką różnej maści złoczyńców. Podczas jednej z wędrówek natrafia na ślad nekromanty i nie spocznie póki nie zabije...
czy warto obejrzeć? Raczej nie. Bo nowa wersja Conana Barbarzyńcy to film nijaki. Niby wszystko jest: efektowne walki, podróże, mroczna magia i fantastyczny świat, ale to wszystko na nic. Brakuje oryginalności, choćby jednego nowatorskiego pomysłu, który pociągnąłby cały film. Scenariusz pełen jest niedorzeczności i uproszczeń, ale nie miałbym ku temu nic przeciwko, gdyby nie ta sztampa. Po prostu nijaka nijakość i brak polotu. 
werdykt:   /10


Kowboje i obcy (2011)
gatunek: western / science fiction
podobne do: tak na dobrą sprawę - coś jak "Gwiezdne Wrota"
o czym: O kolesiu, który obudził się gdzieś na pustkowiach, z kompletną amnezją i dziwną obręczą na ręce. Facet trafia do małego miasteczka, gdzie szybko się okazuje, że jest poszukiwany listem gończym. Na domiar złego nad miasteczko nadlatują obcy i bez pardonu porywają jego mieszkańców. Jest również zjednoczenie ludzi, próba odbicia porwanych oraz ostatecznego odparcia wrogich istot. Czy to się może nie udać?
czy warto obejrzeć? Raczej warto. Bo Kowboje i obcy to dość oryginalny film. Jest w odpowiednim stopniu "westernowy", a elementy sci-fi niewątpliwie dodają mu uroku i sprawiają, że film ten ogląda się jako pewne novum w kinie. Szkoda tylko, że jak większość megaprodukcji hollywódzkich film został "odpowiednio" zinfantylizowany i polany słodkim lukrem happy endu. Szkoda...
werdykt:  /10



Geneza planety małp (2011)
gatunek: akcja / science fiction
podobne do: innych filmów z serii
o czym: O tym, jak może zakończyć się próba wynalezienia leku na chorobę Alzheimera, gdy testuje się go na małpach. Film jest prequel'em oryginalnej Planety małp, nakręconej na podstawie powieści Pierre'a Boulle'a. Z Genezy (...) dowiadujemy się zatem, jak mogło dojść do sytuacji, kiedy małpy rządzą światem, a ludzie zostali zepchnięci do roli koni pociągowych.
czy warto obejrzeć? Zdecydowanie warto! Historia opowiedziana w Genezie (...) jest niezwykle ciekawa i wciągająca, a film inteligentnie zrealizowany. Małpy wygenerowano komputerowo, ale to raczej zaleta, bo dzięki temu ukazano wiarygodne emocje na ich twarzach. Geneza planety małp jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem i zarazem najsilniejszym kandydatem do miana najlepszej produkcji sci-fi tego roku. Polecam!
werdykt:  8,5 /10