RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 6): The Avengers, Kronika, Kobieta w Czerni, The Silent House (La Casa Muda)

W kolejnym odcinku recenzji filmowych z cyklu "TRZY SZYBKIE" zapraszam tym razem na CZTERY krótkie teksty o filmach, tak żeby było "śmieszniej". Jest również inny powód dla akurat czterech, a nie trzech recenzji, bowiem mam tu dwa ciekawe zestawienia. Najpierw rzecz o superbohaterach: z jednej strony wyidealizowana wersja życia "superheroes" przedstawiona w The Avengers, z drugiej zaś strony zderzenie supermocy z brutalnym, ale prawdziwym życiem w Kronice. Oba filmy są godne uwagi, ale ja daję pół punktu więcej dla Kroniki, głównie ze względu na świeże podejście do tematu. W drugim zestawieniu proponuję dwa bardzo dobre horrory, z pozoru różne od siebie (poziom i sposób realizacji), ale w istocie bardzo do siebie zbliżone, a to za sprawą elementu, który należy chyba nazwać "przesłaniem". W moim odczuciu minimalnie lepszy jest (urugwajski!) The Silent House (La Casa Muda), ale przecież każdy może tu mieć zupełnie odmienne zdanie... 

The Avengers (2012) reż. Joss Whedon
gatunek: science fiction / akcja / adaptacja komiksu
podobne do: Iron Man, Thor, Captain America, Hulk, itp.
o czym: Do zekranizowanych wcześniej, wyżej wymienionych superbohaterów dołącza Czarna Wdowa i Sokole Oko (Hawkeye), aby zmierzyć się z poważnym zagrożeniem dla istnienia całej ludzkości. Wrogiem numer jeden jest przyrodni brat Thora, czyli Loki i zastępy humanoidalnych robali z kosmosu. Zanim jednak grupa zwana The Avengers stawi czoło przeciwnikom, musi sama się pozbierać, co nie jest wcale łatwe.
czy warto obejrzeć? Pozycja obowiązkowa dla fanów marvelowskich komiksów, ale również dla wszelakich miłośników akcji upstrzonej humorystycznymi dialogami i powalającymi efektami specjalnymi. Pomimo pewnych fabularnych naiwności i kilku dłużyzn wydaje mi się, że Hollywood znalazł ostateczną receptę na filmy o superbohaterach. Daję również plus za niezłe efekty 3D, choć nie jestem zwolennikiem tej technologii w obecnym "kształcie". 
werdykt:  /10


Kronika (2012) reż. Joshua Trank
gatunek: science fiction / akcja / dramat
podobne do: trochę na wyrost - Carrie, Push 
o czym: Jak zdobyć moc superbohatera? Trzeba trafić do odpowiedniej jamy w ziemi i to dosłownie. Udało się to trzem przyjaciołom, którzy posiedli nadnaturalne, niezwykle potężne zdolności (telekineza, latanie itp.). Okazuje się jednak, że samo posiadanie takich mocy nie czyni z człowieka praworządnego herosa, ani też arcyłotra w kolorowym trykocie. Sprawa jest znacznie bardziej złożona...
czy warto obejrzeć? Kronika jest jedną z najciekawszych kinowych pozycji sci-fi tego roku. Mamy tu charakterystycznego głównego bohatera, który jest postacią dramatyczną (z czasem staje się antybohaterem). Bardzo efektowne pokazy wykorzystania supermocy idą w parze z wyraźnie zarysowanym tłem psychologicznym. Czyli w skrócie: rozpierducha na ekranie z chwilą na refleksję. Brawa za efekty specjalne i ciekawą kulminację historii.
werdykt:  8,5 /10


Kobieta w Czerni (2012) reż. James Watkins
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom"
o czym: Młody notaiusz Artur Kipps przyjeżdża do małego, przytłaczającego miasteczka, w którym ma zająć się sprawami spadkowymi nieżyjącej już właścicielki pewnego starego domostwa.  Legendy głoszą, że w pobliżu posiadłości pojawia się kobieca postać ubrana na czarno, co zawsze zwiastuje śmierć jakiegoś dziecka. Scenariusz niby oklepany, ale...
czy warto obejrzeć? Kobieta w Czerni to naprawdę solidna propozycja dla miłośników nastrojowych filmów grozy. Film wręcz ocieka mrocznym, gotyckim klimatem i pomimo niezbyt oryginalnej fabuły potrafi przykuć widza do ekranu dzięki umiejętnie budowanemu napięciu. Oglądane sceny niejednokrotnie sprawiają, że dreszcz przechodzi po plecach. Na uwagę zasługuje również fakt, że film stara się przemycić niegłupie przesłanie, nie czyniąc tego w nachalny i oczywisty sposób.
werdykt:  /10



The Silent House (2010) reż. Gustavo Hernández
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom" i nie tylko
o czym: Pewna dziewczyna przybywa wraz ze swoim ojcem do starego domu położonego na odludziu, w celu przeprowadzenia remontu zaniedbanej nieruchomości. Jednak zanim oboje zdążą tego dnia zasnąć, zacznie się koszmar. Ktoś (lub coś) próbuje odizolować naszą bohaterkę od rzeczywistości i pozbawić ją zmysłów... Albo ma zupełnie inny, nieodgadniony cel. W tej historii nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
czy warto obejrzeć? Pomimo (pozornie) sztampowego motywu ze starym domem okazuje się, że od początku filmu widz zostaje rzucony na głęboką wodę. Niezależność tej produkcji i jej niekomercyjny charakter pozwoliły twórcom na wykreowanie co najmniej kilku scen grozy, które ocierają się o geniusz. The Silent House naprawdę potrafi przestraszyć, nawet lepiej niż niejeden wysokobudżetowy horror. Moja ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie druga, słabsza połowa filmu. Napięcie trochę siadło, większość tajemnic się wyjaśniła. Pozostał pewien niedosyt, ale i tak polecam The Silent House - to świetny (urugwajski!) horror.
                                                                   werdykt:  7,5 /10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ

wtorek, 10 kwietnia 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 5): John Carter, The Awakening, Najczarniejsza Godzina


John Carter (2012)
gatunek: science fiction / przygodowy
podobne do: Avatar 
o czym: Ekranizacja klasycznej powieści sci-fi pt. "Księżniczka Marsa" (z 1912 roku), której autorem jest Edgar Rice Burroughs. Bohaterem historii jest John Carter, weteran amerykańskiej Wojny Domowej, który w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach zostaje przeniesiony na Marsa i przeżywa tam szereg niesamowitych przygód, takich jak udział w konflikcie trzech ras zamieszkujących planetę i miłość do księżniczki jednej z tych ras.
czy warto obejrzeć? John Carter to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów fantastyki. Wiele osób zarzuca mu brak polotu, ale trzeba pamiętać, że scenariusz powstał w oparciu o książkę napisaną ok. sto lat temu. Zatem wszelkie inne produkcje w rodzaju wyżej wymienionego Avatara powinny mieć kompleks wtórności wobec pomysłów, które zostały przedstawione w Johnie Carterze. To dobry, raczej niedoceniony film. Polecam!
werdykt:   7,5 /10


The Awakening (2011)
gatunek: horror
podobne do: Sierociniec, Inni
o czym: Młoda kobieta, która nie wierzy w duchy i bez pardonu rozprawia się z różnej maści szarlatanami organizującymi naciągane seanse spirytystyczne, zostaje wezwana do wyjaśnienia zagadki śmierci małego chłopca, który rzekomo ukazuje się w nocy i straszy w pewnej angielskiej szkole z internatem. Czyżby sceptycznie nastawiona bohaterka w końcu trafiła na prawdziwego ducha?
czy warto obejrzeć? Warto, ale... Jeżeli zaliczasz się do miłośników horrorów i widziałeś/aś już takie tytuły jak Inni z Nicole Kidman i hiszpański Sierociniec, po obejrzeniu The Awakening możesz poczuć się trochę zawiedziony/a. Początek filmu jest niezwykle ciekawy i zapowiada coś oryginalnego, ale końcówka wyraźnie rozczarowuje. Oglądamy klasyczne patenty z duchami, zrealizowane bardzo dobrze, ale to wszystko już gdzieś było (zwłaszcza w wyżej wymienionych dwóch tytułach) . 
werdykt:  /10


Najczarniejsza Godzina (2012)
gatunek: akcja / science fiction / horror
podobne do: filmów typu "inwazja z kosmosu"
o czym: Kosmici atakują! Tym razem jednak rzecz dzieje się w Rosji, a nie jak zwykle w tego typu produkcjach: w USA. Poza tym okazuje się, że kosmici są niemal niewidzialni (czasem tylko mienią się jakąś pomarańczową mgiełką) i interesuje ich energia elektryczna, którą mogą wyłuskać z naszej biednej planety. Plus do tego grupa młodych ludzi walczących o przetrwanie, czyli nic nowego.
czy warto obejrzeć? Szkoda czasu dla tej szmiry. Scenariusz filmu jest wtórny, aktorzy jacyś drętwi, a dialogi wręcz porażają swoją naiwnością. Akcja toczy się dość szybko, ale nie nie wciąga ani trochę. Efektów specjalnych też jakoś mało i delikatnie mówiąc nie zachwycają. Generalnie jest to bardzo słaby film, który właściwie nie zasługuje na ocenę wyższą niż 2/10, ale te pół punktu dodaję za kilka niezłych elementów postapokaliptycznych (głównie scenografie).
werdykt:  2,5 /10

sobota, 31 marca 2012

WIECZNA WOJNA - Marvano, Haldeman

"RECENZJA" KOMIKSU
Tak się jakoś składa, że wszystkie komiksy dotychczas opisywane przeze mnie na łamach Odległych Światów to albumy wybitne, bądź "tylko" bardzo dobre. Tym samym wszystkie moje dotychczasowe recenzje komiksów są raczej rekomendacjami, aniżeli prawdziwymi "recenzjami". Nie inaczej jest i tym razem, ponieważ chciałbym przedstawić bodaj najlepszy komiks science fiction, jaki widziałem i czytałem, czyli album zatytułowany Wieczna wojna.


KILKA SŁÓW O WYDANIU
Komiks Wieczna wojna jest adaptacją powieści o tym samym tytule, której autorem jest Joe Haldeman, weteran wojny w Wietnamie. Komiksowa adaptacja tego dzieła trafiła do Polski w 1990 roku, za sprawą magazynu "Komiks", związanego z miesięcznikiem "Fantastyka". Całą opowieść tworzyły wówczas trzy albumy (część drugą i trzecią historii wydano w roku 1991 i komiksy te są dziś raczej trudno osiągalne, jeżeli chodzi o możliwość zakupu, choć z pomocą niejednokrotnie przychodzą portale aukcyjne). Na szczęście w 2009 roku wydawnictwo Egmont przysłużyło się wielu fanom komiksu wydając trzy części Wiecznej wojny w jednym albumie, swoją drogą w bardzo przyjemnej oprawie i na "kredowym" papierze. W stosunku do pierwotnego polskiego wydania Egmont zmienił też format kartek na nieco mniejszy, co akurat niespecjalnie przypadło mi do gustu, ale i tak nie umniejsza to przyjemności z oglądania, czytania i "obcowania" z Wieczna wojną.



Okładki pierwszego polskiego wydania "Wiecznej wojny" delikatnie mówiąc nie porażały wyglądem. No, może jeszcze pierwsza część jakoś ujdzie, bo druga i trzecia raczej straszą tandetą...

WIETNAM W KOSMOSIE
Komiks ten przenosi na kosmiczny grunt wojnę w Wietnamie, której doświadczył Haldeman, jednakże przesłanie opowieści jest raczej uniwersalne i może być odniesione do każdej wojny, jako zjawiska. Głównym bohaterem Wiecznej wojny jest William Mandella, żołnierz elitarnej jednostki wojskowej, w skład której weszły osoby o ponadprzeciętnym zdrowiu, wytrzymałości i IQ wynoszącym powyżej 150. Mandella wraz z pozostałymi wybrańcami zostaje poddany intensywnemu szkoleniu, które ma przygotować żołnierzy do kontaktu bezpośredniego z wrogiem, którym są Bykarianie, czyli tajemnicza rasa mieszkańców planety Aldebaran w gwiazdozbiorze Byka. Problem w tym, że w momencie odbywania przez żołnierzy szkolenia żaden człowiek nie widział jeszcze Bykarianina na oczy. Wiadomo tylko tyle, że Bykarianie są agresorem zagrażającym całej ludzkości, co sprawia, że funkcjonowanie całej niebieskiej planety zostaje  niemal całkowicie podporządkowane wojennej mobilizacji.

"TYLKO MARTWI UJRZELI KONIEC WOJNY"
Wieczna wojna opisuje historię pewnego konfliktu wojennego, ale przede wszystkim kładzie nacisk na dramatyczne losy ludzi, którzy muszą stawić czoła okrucieństwu wojny. Bohaterowie komiksu muszą stawić czoła własnym słabościom i ułomnościom, bo wojna nie wybacza popełnianych błędów. Wojna w tym komiksie rządzi się również swoimi specyficznymi prawami. Bywa nielogiczna, absurdalna i nieprzewidywalna, a ponadto ta ostania cecha najlepiej opisuje sam finał konfliktu pomiędzy Ludźmi i Bykarianami. Więcej na temat fabuły i przesłania komiksu nie powiem, żeby nie psuć potencjalnym czytelnikom radości z odkrywania tych elementów komiksu. Zapewniam jednak, że scenariusz Wiecznej wojny jest więcej niż interesujący, a historia opowiadana jest w taki sposób, że lektura po prostu wciąga jak odkurzacz.

TRANSPONOWANIE MYŚLI W OBRAZY
Co do warstwy graficznej, to właściwie nic poza superlatywami nie przychodzi mi do głowy. Styl rysunków Marvano doskonale wpisuje się w konwencję science fiction, co widać zwłaszcza po wszelakich budynkach, pojazdach, statkach kosmicznych i broni, jakie oglądamy na kartach komiksu. Rysunki zaskakują czasami szczegółowością, a innym razem porażają pięknem prostoty i wymowności. Jednak niesamowity klimat zawdzięczają w dużej mierze świetnie dobranym barwom (autorstwa Bruno Marchanda), które chyba w najlepszy z możliwych sposobów oddają pustkę i chłód kosmosu oraz klaustrofobię towarzyszącą ludziom znajdującym się wewnątrz żelaznych, zawieszonych w próżni "puszek". Poza tym jednak w komiksie nie brakuje rysunków prezentujących rozległe przestrzenie, zwłaszcza powierzchni planet, które wyglądają równie obco i tajemniczo, co wspomniany bezkres kosmosu.













CZAS NA SENTYMENTY
Wieczna wojna jest komiksem, którego nigdy nie zapomnę. Jest to jednocześnie jeden z tych komiksów, do których wracam najczęściej. I do dziś, niemal za każdym odczuwam tą samą fascynację, jaka towarzyszyła mi podczas pierwszego kontaktu z historią Williama Mandelli, co miało miejsce jakieś 16-17 lat temu. Ale z tym częstym wracaniem trzeba jednak uważać, bo przecież każda świętość może szybko spowszednieć. Kończę swoją "recenzję" wystawiając "bardzo obiektywną" ocenę. Ale i tak, bez względu na jakieś tam noty i numerki, Wieczną wojnę warto poznać. Polecam...

werdykt:
10 /10

czwartek, 16 lutego 2012

Wszyscy jesteśmy podróżnikami w czasie... - recenzja powieści "Stanie się czas" Poula Andersona


Jack Havig jest człowiekiem, który posiada niezwykłą umiejętność: potrafi podróżować w czasie. Nie wiadomo, jak tego dokonuje, ale jego talent wydaje się być wynikiem jakiejś mutacji. W każdym razie już się z tym urodził, więc podróżowanie do przyszłości i przeszłości przychodzi mu niemal tak łatwo, jak oddychanie. Są z tym jednak pewne problemy. Jack nie może zabierać ze sobą i przenosić w czasie ciężkich przedmiotów, nie może precyzyjnie wymierzyć momentu, w którym akurat chce się znaleźć, bo robi to na tzw. "czuja". Jest jeszcze kilka innych problemów technicznych, ale co tam... Podróżowanie w czasie daje spore możliwości. Dość łatwo można się wzbogacić lub manipulować innymi ludźmi, chyba, że natrafi się na... innych podróżników w czasie. Teoretycznie nie jest łatwo na nich natrafić, bo każdy osobnik posiadający umiejętność swobodnego przemieszczania się w czasie będzie swój talent skrzętnie ukrywał przed innymi, kierując się egoizmem albo obawą przed posądzeniem o obłąkanie. Ale jak już chciałoby się znaleźć innych podróżników w czasie, warto pomyśleć o wybraniu się do czasu jakiegoś znamienitego i kluczowego dla losów świata wydarzenia. Jak się okazuje, dobrym wyborem jest Jerozolima w momencie Ukrzyżowania...

Realizując ten pomysł Jack Havig po raz pierwszy spotkał innych podróżników w czasie. Niestety mieli oni zupełnie odmienne poglądy na sposób wykorzystania umiejętności podróżowania w czasie, zakładali również wykorzystanie samego Jacka Haviga do realizacji swoich niecnych planów. Główny bohater powieści Stanie się czas nie jest jednak konformistą i zawsze postępuje w zgodzie ze swoim sumieniem. Podczas wielu podróży w czasie będzie mu dane ujrzeć nie tylko zagładę ludzkości, ale również rozwój nowej cywilizacji, której będzie przewodził tajemniczy lud Maurai.

Powieść Stanie się czas jest lekkim, rozrywkowym, ale nie pozbawionym inteligencji utworem z gatunku science fiction. Książka została napisana w 1973 roku i obecnie (niestety) zauważalne są w niej pewne anachroniczne pomysły i nietrafione wizje przyszłości. Autor nie przewidział na przykład wynalezienia czegoś takiego jak telefon komórkowy, zatem pewne problemy podróżników w czasie były dla mnie co najmniej niezrozumiałe, a wręcz niedorzeczne. Nie do końca przekonała mnie również przedstawiona przez Poula Andersona wizja samych podróży w czasie, a dokładnie zupełny brak tzw. paradoksów czasowych. Według teorii użytej przez autora nie można - cofając się w czasie - zmienić kluczowych wydarzeń w swoim życiu, ani w życiu innych ludzi. Nie ma więc alternatywnych światów i alternatywnej historii, bo ta biegnie tylko jednym torem, nie licząc drobnych odchyłów. Mimo tego, jeżeli przymkniemy oko na drobne nielogiczności i uproszczenia fabularne, a także przyjmiemy słuszność założeń autora co do technicznych aspektów podróży w czasie, powieść Stanie się czas dostarczy nam sporej dawki niegłupiej rozrywki. Dla miłośników tego specyficznego "działu" sci-fi, jakim są utwory o podróżach w czasie, jest to pozycja obowiązkowa albo po prostu kolejna na liście "do odhaczenia". Osobiście jestem niemalże wielbicielem tego rodzaju literatury sci-fi, ale ze względu na kilka wyżej wymienionych aspektów, które w moich oczach  były wadami, przyznaję powieści "tylko" siódemkę. Ale za to solidną.

werdykt:
7 /10

czwartek, 26 stycznia 2012

Pluszaki, Bulwy i żywe Kamulce, czyli wizyta w knajpie "Grillbar GALAKTYKA"

Dziś kilka (no, może trochę więcej...) słów o bardzo przyjemnej książce, a mianowicie o powieści Grillbar GALAKTYKA, której autorką jest Maja Lidia Kossakowska. Nigdy wcześniej nie czytałem powieści tej autorki, bo z tego co już zdążyłem się zorientować, Kossakowska tworzy głównie utwory fantasy, a tym razem proszę: nie dość, że Grillbar GALAKTYKA można bez wahania zaliczyć do gatunku science fiction, to na dodatek jest to bardzo humorystyczne science fiction, a zarazem space opera pełną gębą.


Ponad wszystko jednak Grillbar GALAKTYKA to książka o kuchni i gotowaniu, ale w wydaniu iście kosmicznym. Za sam pomysł należy się duże uznanie dla autorki, bo powieść jest po prostu oryginalna. Głównym bohaterem książki jest Hermoso Madrid Iven, szef kuchni w restauracji "Płacząca Kometa". Ma on pod swoimi skrzydłami naprawdę wybuchową mieszankę podopiecznych z różnych zakątków wszechświata: Bulwy, Oktopusanie, Ślimaczniki, Syreny i wiele innych. Każda z ras specjalizuje się w innych czynnościach kuchennych, jak np. Bulwy, czyli istoty wyglądem przypominające przerośnięte warzywa, które nie mają sobie równych w... krojeniu i porcjowaniu mięsa. Menedżerem restauracji jest np. Gliniasty Antracytowy Odprysk, który należy do gatunku Pluszaków z planety Kronos. Wachlarz potraw serwowanych w "Płaczącej Komecie" jest równie imponujący, co skład jej załogi. Podają tu np. gromotnika z Liry, laudyjskiego grzywacza ponczowego, zielonolistki, czarnotrufle z Jugot, ryczybuhaja aldebarańskiego i całą masę innych smakołyków. Drugi plus dla autorki za pomysłowe nazewnictwo. Choć nie jest to może poziom znany z powieści i opowiadań Stanisława Lema, to i tak jest ciekawie, zabawnie, a przy tym inteligentnie. Zresztą porównanie powieści Grillbar GALAKTYKA do humorystycznej części twórczości Lema nie jest w tym przypadku zbyt szczęśliwe. To raczej nie ten kaliber. Powieści Kossakowskiej zdecydowanie bliżej do Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa lub opowiadań Henry'ego Kuttnera (np. cykl o Hogbenach, cykl o Gallegherze).

W olbrzymim kotle planet, ras i obyczajów rysuje się fabuła powieści Grillbar GALAKTYKA, która oscyluje pomiędzy komedią i przygodą z kryminalnym wątkiem. Nie będę tu zdradzał wiele szczegółów, ale dodam tylko, że Hermoso Madrid Iven, jako międzygalaktyczny kucharz wpadnie w naprawdę wielkie tarapaty. Jego przygody są momentami bardzo nieprzewidywalne (kolejny plus!) i awanturnicze. Poza inteligentnym podejściem do tematu (nazewnictwo i użyte pomysły) książka zaskoczyła mnie swoją "lekkością" i tym, że fantastyczne przygody w świecie kosmicznej kuchni były naprawdę wciągające i nie przynudzały. Muszę przyznać, że było sporo momentów, w których uśmiech nie schodził z facjaty. Jak tu się nie śmiać, gdy np. narrator "z pełną powagą" przytacza nazwy wyznań (religii), jakie posiadają swoich kosmicznych misjonarzy: "Arkturiański Kościół Siwej Gąski Siwej" i "Wyznawcy Czarnego Prostopadłościanu"? Kolejny plus dla autorki za genialne poczucie absurdu.

Poza całym kosmicznym tałatajstwem i space operowymi pomysłami w Grillbar GALAKTYKA można znaleźć bardzo dużo odniesień do naszej szarej - ale wcale nie mniej absurdalnej - rzeczywistości. I tak na przykład mamy Unię Galaktyczną zrzeszającą różne planety i narody, a dodatkowo ustanawiającą swoje wspólnotowe prawo (czy my to skądś znamy?). Jednym z pomysłów Unii Galaktycznej jest wprowadzenie do jadłospisu wszelkich punktów gastronomicznych gęstej zielonej papki, która miałaby zastąpić mięso. Rzecz jasna ten "postępowy" pomysł nie znajduje wielu zwolenników wśród intergalaktycznych kucharzy i restauratorów. Natomiast namacalnym dowodem na obecność urzędniczych łapsk Unii Galaktycznej w "Płaczącej Komecie" jest postać kontrolera, który nazywa się Archistrategus Bar i jest Kamulcem, to znaczy "żywym kryształem z układu Gemmy". Kontroler ten, jako żywy kryształ nie posiada układu pokarmowego, zatem nigdy w życiu niczego nie jadł. I jak na ironię losu jest unijnym specjalistą od żywienia! Czy to aby do złudzenia nie przypomina pewnych "idei" i absurdów znanych z funkcjonowania naszej ukochanej Unii E*****skiej? Pewnie, że tak! I tu muszę przyznać autorce następnego plusa: za krzewienie wśród czytelników fantastyki - choćby w najmniejszym stopniu, ale zawsze - libertariańskich idei. Nie, żeby była to książka o polityce, ale ogólny przekaz wydaje się być naprawdę "wolnościowy".

Gdybym miał wskazać jakieś wady tej powieści, to z pewnością byłby to epizod, w którym załoga "Płaczącej Komety" musi zmierzyć się z obcym organizmem przypominającym ksenomorfa ze słynnej serii filmów z Sigourney Weaver w roli głównej. Może niektórym taki pastisz Obcego nawet przypadnie do gustu, ale w moim przekonaniu ten szczególny wizerunek obcych jest już w popkulturze tak wyeksploatowany, że kolejne jego wykorzystanie może razić. Wolałbym, żeby autorka wymyśliła w tym miejscu charakterystykę jakiejś bliżej nieokreślonej istoty, która jednak byłaby tworem oryginalnym. Na szczęście przygoda z Obcym (tym Obcym!) w Grillbar GALAKTYKA stanowi tylko dość krótki epizod, w dodatku nie mający właściwie żadnego znaczenia dla głównej osi fabularnej powieści. Poza tym uważam, że samo zakończenie książki również mogłoby być bardziej oryginalne i zaskakujące, ale to w zasadzie tylko czepialstwo, bo Grillbar GALAKTYKA to kawał dobrej, czysto rozrywkowej literatury sci-fi.

Kończę swoje wywody przyznając autorce (i książce) wysoką notę, a wszystkim niedowiarkom mówię: Polacy nie gęsi i swoje Autostopem przez galaktykę mają.

werdykt:
/10

poniedziałek, 12 grudnia 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 4): Conan Barbarzyńca, Kowboje i obcy, Geneza planety małp

Conan Barbarzyńca (2011)
gatunek: fantasy
podobne do: Conana Barbarzyńcy :-) ew. do "Tropiciela" (2007)
o czym: O dziecku, które urodziło się na polu bitwy i którego rodzice (jak i cała wioska) zostali zabici przez okrutnego nekromantę. Conan postanawia się na nim zemścić. Jako niezwyciężony wojownik przemierza morza i lądy, pomaga uciśnionym i karmi swój miecz obficie tryskającą posoką różnej maści złoczyńców. Podczas jednej z wędrówek natrafia na ślad nekromanty i nie spocznie póki nie zabije...
czy warto obejrzeć? Raczej nie. Bo nowa wersja Conana Barbarzyńcy to film nijaki. Niby wszystko jest: efektowne walki, podróże, mroczna magia i fantastyczny świat, ale to wszystko na nic. Brakuje oryginalności, choćby jednego nowatorskiego pomysłu, który pociągnąłby cały film. Scenariusz pełen jest niedorzeczności i uproszczeń, ale nie miałbym ku temu nic przeciwko, gdyby nie ta sztampa. Po prostu nijaka nijakość i brak polotu. 
werdykt:   /10


Kowboje i obcy (2011)
gatunek: western / science fiction
podobne do: tak na dobrą sprawę - coś jak "Gwiezdne Wrota"
o czym: O kolesiu, który obudził się gdzieś na pustkowiach, z kompletną amnezją i dziwną obręczą na ręce. Facet trafia do małego miasteczka, gdzie szybko się okazuje, że jest poszukiwany listem gończym. Na domiar złego nad miasteczko nadlatują obcy i bez pardonu porywają jego mieszkańców. Jest również zjednoczenie ludzi, próba odbicia porwanych oraz ostatecznego odparcia wrogich istot. Czy to się może nie udać?
czy warto obejrzeć? Raczej warto. Bo Kowboje i obcy to dość oryginalny film. Jest w odpowiednim stopniu "westernowy", a elementy sci-fi niewątpliwie dodają mu uroku i sprawiają, że film ten ogląda się jako pewne novum w kinie. Szkoda tylko, że jak większość megaprodukcji hollywódzkich film został "odpowiednio" zinfantylizowany i polany słodkim lukrem happy endu. Szkoda...
werdykt:  /10



Geneza planety małp (2011)
gatunek: akcja / science fiction
podobne do: innych filmów z serii
o czym: O tym, jak może zakończyć się próba wynalezienia leku na chorobę Alzheimera, gdy testuje się go na małpach. Film jest prequel'em oryginalnej Planety małp, nakręconej na podstawie powieści Pierre'a Boulle'a. Z Genezy (...) dowiadujemy się zatem, jak mogło dojść do sytuacji, kiedy małpy rządzą światem, a ludzie zostali zepchnięci do roli koni pociągowych.
czy warto obejrzeć? Zdecydowanie warto! Historia opowiedziana w Genezie (...) jest niezwykle ciekawa i wciągająca, a film inteligentnie zrealizowany. Małpy wygenerowano komputerowo, ale to raczej zaleta, bo dzięki temu ukazano wiarygodne emocje na ich twarzach. Geneza planety małp jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem i zarazem najsilniejszym kandydatem do miana najlepszej produkcji sci-fi tego roku. Polecam!
werdykt:  8,5 /10

wtorek, 6 grudnia 2011

ZA MAŁO "SPACE OPERY" W "SPACE OPERZE", czyli recenzja książki "Księżycowe Hollywood" autorstwa Henry'ego Kuttnera



Księżycowe Hollywood to zbiór czterech opowiadań, które łączy przede wszystkim postać głównego bohatera - Tony'ego Quade'a - reżysera i operatora filmowego, kręcącego seryjnie produkowane filmy typu "space opera". A ponieważ realia, w jakich rozgrywają się przygody Quade'a również zawierają w sobie wszelkie znamiona "space opery", powstaje wrażenie, że mamy do czynienia ze "space operą" w "space operze". Ogólnie opisywane opowiadania należy zaliczyć do gatunku humorystycznego science fiction, w którym to Henry Kuttner sprawdzał się świetnie, co wiedzą zaś wszyscy, którzy czytali np. inny zbiór opowiadań tego autora, zatytułowany Próżny robot, tudzież opowiadania o Hogbenach, czyli amerykańskiej rodzinie górali - mutantów. Niestety wszystkich tych, którzy czytali wyżej wymienione dzieła muszę z góry uprzedzić: Księżycowe Hollywood to nie ta liga. To raczej "B-klasa" opowiadań science fiction, chociaż trzeba autorowi oddać, że kilka ciekawych pomysłów udało się w Księżycowym Hollywood zawrzeć. Zawsze to coś...

Wszystkie cztery opowiadania o przygodach Tony'ego Quade'a charakteryzuje dość sztampowa konstrukcja fabularna. Zaczyna się od tego, że Quade dostaje od swojego szefa zlecenie nakręcenia filmu, którego akcja dzieje się zazwyczaj w skrajnie nieprzyjaznych dla człowieka miejscach, rozrzuconych na rożnych planetach. Pisząc o "skrajnie nieprzyjaznych miejscach", mam na myśli warunki atmosferyczne, śmiertelne promieniowanie, krwiożercze bestie, czy też wrogich tubylców zamieszkujących odległe planety. W każdym odcinku mamy miej więcej to samo: wyprawę na określoną planetę, zagadkę na temat: jak nagrać film gdzieś, gdzie nie da się nagrywać filmu (lub o czymś, o czym nie da się nagrać filmu) oraz wielkie tarapaty, w jakie zazwyczaj wpada Quade. Oczywiście zawsze jest też - mniej lub bardziej błyskotliwe - rozwiązanie zagadki, a potem nieuchronny "happy end". I choć ta sztampa i powtarzalność jest jednym z największych zarzutów, jakie można postawić Księżycowemu Hollywood, jest w tym też coś dobrego, a mianowicie fakt, że Kuttner mógł skupić się na wymyślaniu ras, wyglądu i obyczajów obcych zamieszkujących rozmaite planety. Jest to jakaś namiastka geniuszu, którą jednak przyćmiewa dość tandetny i tani charakter opisywanego zbioru opowiadań, jako całości. Natomiast biorąc pod uwagę fakt, w jakich latach powstały opowiadania tworzące Księżycowe Hollywood (1938 - 1941), należy spojrzeć na nie z nieco innej perspektywy. Owszem, są kiczowate, ale nie sposób też odmówić Kuttnerowi pomysłowości i wyobraźni, zwłaszcza w kreowaniu różnej maści ciekawych stworów i potworów, ale także w sprawnym operowaniu technikaliami charakterystycznymi dla konwencji science fiction.

Księżycowe Hollywood to literatura mało ambitna, a wręcz płytka, ale to nic dziwnego, bo jej przeznaczenie jest czysto rozrywkowe. Niestety jako całość zbyt wiele tej rozrywki też nie dostarcza. Chodzi mi przede wszystkim o to, że jest "niezbyt błyskotliwa". Księżycowe Hollywood polecam jedynie wiernym fanom autora, zaś tym, którzy oczekują niebanalnej, inteligentnej a zarazem autentycznie śmiesznej literatury science fiction polecam wymienione wcześniej utwory Kuttnera (zbiór Próżny robot, cykl o Hogbenach). Zapewniam, że warto!

werdykt:
5,5/10


poniedziałek, 14 listopada 2011

KOSMOS JEST NUDNY! - recenzja filmu "Space Battleship Yamato"

KORZENIE NIE ZASKAKUJĄ
Film Space Battleship Yamato oparty jest ponoć na anime o tym samym tytule, które powstało w 1974 roku. Niestety nie było mi dane obejrzeć tego anime, zatem opisywany tu film oceniam jako "zwyczajne" kino science fiction. Nieuniknione będą zatem porównania do tych filmowych dzieł, które wpisują się kanon science fiction. A pod tym względem - niestety - Space Battleship Yamato nie wypada zbyt szczęśliwie...


PRZYGÓD KILKA KOSMICZNEGO PANCERNIKA
Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości (gdzieś ok. 2200 roku). Ludzkość przegrywa wojnę z Gamilas, czyli tajemniczymi najeźdźcami z kosmosu, którzy zasypują Ziemię bombami meteorytowymi. Za sprawą tych bombardowań poziom promieniowania na powierzchni planety przekracza wszelkie normy bezpieczeństwa i ludzie zostają zepchnięci do życia w podziemiach. Szczęśliwym trafem na Ziemię trafia również nietypowa "przesyłka" w formie niewielkiej kapsuły, która zawiera opis technologiczny i plany konstrukcji pozaziemskiej, potężnej broni oraz współrzędne nieznanej ziemianom planety, która zaraz po tym zostaje nazwana Iskandar. Na dodatek w miejscu, gdzie rozbiła się owa "przesyłka", szkodliwe promieniowanie całkowicie zanikło, zatem wniosek może być tylko jeden: Trzeba zbierać d*pę w troki i ruszać na Iskandar, bo jest tam ktoś (albo coś), kto dysponuje urządzeniem mogącym przywrócić Ziemię do stanu używalności. I tak też dzieje się w filmie Space Battleship Yamato. Ekspedycja na Iskandar wyrusza na pokładzie najpotężniejszego statku kosmicznego, jakim dysponuje Ziemia, czyli tytułowego Yamato... Nawiasem mówiąc, nazwa Yamato nie jest tutaj przypadkowa, bowiem ten statek swoim wyglądem jako żywo przypomina japoński pancernik Yamato z okresu II wojny światowej. Jest tylko trochę bardziej podrasowany...

FABUŁA, GŁUPCZE!
A co dzieje się dalej? Dalej już tylko gwiezdne pojedynki, przeskoki czasoprzestrzenne, śmierć dużej części załogi Yamato, pierwszy "namacalny" kontakt z Gamilas, rozterki i dramaty głównych bohaterów filmu i tak dalej, i tak dalej... Ale o fabule więcej już nie napiszę, bo jak kogoś nie zaciekawił jej dotychczasowy opis, to reszta i tak nie będzie miała najmniejszego znaczenia. A mnie osobiście zaciekawił sam początek filmu, w którym przez kilka minut ukazano zdewastowaną Ziemię i ludzi zepchniętych do podziemia. Kłopot w tym, że ten fragment w stosunku do całego filmu jest tylko kroplą w morzu przeciętności. 

O EFEKTACH I NIEEFEKTYWNYM ICH WYKORZYSTANIU
Space Battleship Yamato można określić jako połączenie Star Treka, Gwiezdnych Wojen, a nawet Obcego, ponieważ zawiera w sobie elementy każdego z tych filmów (tudzież serii filmów). Jakąś tam własną tożsamość to japońskie dzieło ma, ale powiem szczerze, że z mojego punktu widzenia przeważała jednak nijakość. Raził mnie przede wszystkim niemal całkowity brak oryginalności. Myśliwce bojowe wylatujące z pokładu Yamato przypominają zwyczajne samoloty, a w pewnym momencie przypominają również myśliwce z Gwiezdnych Wojen, w których umieszcza się "robocika-pomocnika", ładnie kręcącego "główką" i namierzającego wrogie cele. Wykorzystanie tego patentu w Space Battleship Yamato było dla mnie po prostu tandetne. Ponadto razi wygląd obcych, czyli Gamilas: ot, jakieś białe, humanoidalne patyczaki z niebieskawym światełkiem w miejscu twarzy. Razi również podręczna broń Ziemian, czyli karabiny a'la Obcy: Decydujące Starcie. Inna sprawa, że jeżeli te elementy zostały wiernie odwzorowane na bazie filmu anime z 1974 roku, to raczej nie należy się czepiać. Ba! Może wówczas to były nawet pionierskie pomysły, jak na science fiction? Jakby ktoś wiedział coś więcej na ten temat, proszę mnie sprostować. Ja w swojej bezgranicznej ignorancji odniosłem Space Battleship Yamato tylko do współczesnych patentów stosowanych przez kino z gatunku science fiction. I w dalszym ciągu podkreślam, że na polu całego instrumentarium tego gatunku Space Battleship Yamato wypada po prostu blado. Co zaś tyczy się efektów specjalnych w filmie, prezentują one dość różny poziom. Czasami wygląda to całkiem nieźle, a czasami sztucznie i umownie... Ogólnie rzecz biorąc z efektami nie jest tak źle, ale widać, że nie jest to wysokobudżetowy Hollywood. Problem jednak w tym, że techniczne braki widać gołym okiem, bo i trudno byłoby ich nie zauważyć, skoro w filmie jest mnóstwo scen zrealizowanych wyłącznie "w komputerze".


ZNASZ-LI TEN KRAJ, GDZIE WIŚNIA ZAKWITA?
Scenariusz filmu jest pełen dziur, umowności i uproszczeń. Na to wszystko starałem się przymykać oko, ale czasem raziły pewne dłużyzny w rozmowach między bohaterami filmu, podczas gdy znajdowali się oni w jakichś opałach (banda obcych biegnie z pistoletami, a oni sobie gaworzą...). Wiele jest również przydługich scen pełnych dramatyzmu, patosu i cierpienia ale to poniekąd jest cechą wielu japońskich filmów, więc trzeba się przyzwyczaić i albo się to lubi, albo nie. Ja osobiście nie stronię od kina japońskiego, ale śmiem twierdzić, że widziałem znacznie lepsze, japońskie filmy science fiction, aniżeli Space Battleship Yamato (mam tu na myśli również filmy, które miały swoje korzenie w anime, np. Casshern, Yattaman). 


PRZED NAMI KOSMOS MOŻLIWOŚCI...
Na koniec muszę się jeszcze odnieść do prowokacyjnego tytułu, jaki nadałem tej recenzji. Moim zdaniem kosmos wcale nie jest nudny. Wręcz przeciwnie! Twórcom posługującym się konwencją sci-fi kosmos daje ogromne możliwości, które ogranicza jedynie ich wyobraźnia. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Jakiś czynnik (lub zbiór czynników) spowodował, że twórcy filmu Space Battleship Yamato zaserwowali widzom nudny kosmos. Ale czy była to akurat ich wyobraźnia? Tego nie wiem...


werdykt:
4/10

niedziela, 16 października 2011

TRZY SZYBKIE (odc. 3): Shadow, Green Lantern, The Perfect Host

Dziś zapraszam na dość urozmaicony zestaw recenzji filmowych. Całość oczywiście w dużym skrócie. 
Poprzednie odcinki moich recenzji w skrócie znajdziecie tutaj: TRZY SZYBKIE (1), TRZY SZYBKIE (2).

Shadow (2009)

Gatunek: horror
Podobne do: Wzgórza Mają Oczy, Droga Bez Powrotu (Wrong Turn), Frontieres


Horror może niezbyt oryginalny, ale z przesłaniem. Żołnierz, który powrócił z misji w Iraku, postanawia zwiedzić na rowerze opuszczone górskie tereny. Sęk w tym, że trafia w miejsce, o którym krążą mroczne legendy. A mroczne legendy, jak to mroczne legendy: lubią się spełniać. Nasz bohater trafia zatem w ręce dziwnej, prymitywnej istoty, która najwyraźniej czerpie przyjemność z torturowania ludzi... Fabuła filmu jest oklepana, ale twórcom udało się zbudować niezwykle mroczny nastrój, któremu zdecydowanie sprzyja "europejskość" tej produkcji. Jest zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w horrorach hollywoodzkich, ale mimo tego Shadow zachowuje wiele cech klasycznego, amerykańskiego "slashera". Natomiast samo zakończenie filmu to nie tylko wielkie zaskoczenie, ale również ciekawa - choć odrobinę infantylna - refleksja na temat okrucieństwa wojny. Film ogląda się całkiem przyjemnie, o ile rzecz jasna lubicie horrory.

werdykt:
7/10

Green Lantern (2011)

Gatunek: akcja science fiction (adaptacja komiksu)
Podobne do: innych adaptacji komiksów (Superman, Fantastyczna Czwórka)
















Krótko i bez owijania w bawełnę: Kolejna, według mnie - nieudana adaptacja komiksu. Dlaczego? Bo nudna, wtórna (w stosunku do wielu innych adaptacji komiksów Marvela i DC) i bez emocji. Nawet efekty specjalne są jakieś takie "umowne", a w każdym razie - nieporażające. Na dodatek rozbawił mnie główny przeciwnik Zielonych Latarni, zwany Paralax. Wielce złowroga to istota, która żywi się strachem i ma ambicje do pochłonięcia całego wszechświata. Niestety, pod koniec seansu okazuje się, że to "d*pa nie przeciwnik". Sposób pokonania Paralaxa okazał się tak banalny, że aż śmieszny. Reasumując: Green Lantern to flaki z olejem i niewykorzystany potencjał. Obejrzeć niby można, ale w tym roku mieliśmy już dwie ekranizacje komiksów, które były dużo lepsze. Mam tu na myśli Thora i Kapitana Amerykę (a zwłaszcza tego drugiego). 

werdykt: 
4/10

A na zakończenie (jak zwykle) najciekawszy film w zestawieniu:

The Perfect Host (2010)


Gatunek: thriller / komedia kryminalna
Podobne do: nawet nie wiem...


Film zaczyna się, gdy pewien facet ucieka z miejsca zbrodni (jakiegoś napadu...). Jego noga silnie krwawi, więc musi  szybko znaleźć schronienie. Na domiar złego w radiu słyszy o tym, że jest ścigany przez policję, a jego twarz jest już pokazywana w telewizyjnych wiadomościach. Facet postanawia wstąpić do pierwszego lepszego domu i tam przeczekać najgorsze. Początkowo nie udaje mu się nabrać pewnej starszej kobiety, że jest świadkiem jehowy (tak jak ona), ale przy kolejnym domostwie gość przygotował się już znacznie lepiej. Zajrzał do skrzynki na listy, wyciągnął jakąś pocztówkę i postanowił, że zostanie "przyjacielem" nadawcy. Pomysł dobry, tym bardziej, że nadawcą jest jakaś Julia z Sydney, co może świadczyć, że nie jest to bliska znajomość adresata. Szanse zatem rosną... Zaraz potem nasz uciekinier staje przy domofonie i się zaczyna... Gospodarz w końcu daje się nabrać, a dom staje otworem dla przestępcy, o którym właściwie nic nie wiadomo. Sęk w tym, że o gospodarzu również nic nie wiemy, a dość szybko okazuje się, że nie jest on zupełnie normalnym człowiekiem...

Więcej już nie zdradzę, bo powiedziałem już i tak za dużo. Ale nie martwcie się. The Perfect Host zaskoczy Was co najmniej kilka razy. Bo siłą tego filmu jest nie tylko doskonały, nieprzewidywalny scenariusz, ale także złamanie (co najmniej kilku) konwencji gatunkowych. Właściwie to nie widziałem drugiego takiego filmu. Fabuła jest po prostu oryginalna i niesamowicie wciąga! Całość nagrana jest również z dużym poczuciem humoru. Od początku film rzuca widza w wir akcji, a gdy akcja spowalnia, mamy do czynienia z dialogami "na ostrzu noża", którym przyglądamy i przysłuchujemy się z zapartym tchem. Na plus muszę zaliczyć również fakt, że The Perfect Host nie zdradza widzom wszystkich faktów i tajemnic, jakie towarzyszą bohaterom tego filmu. Zakończenie również pozostawia widzom otwarte furtki. Z chęcią obejrzałbym drugą część tego dzieła, choć wątpię, żeby kiedykolwiek została nagrana. Jest to - bądź co bądź - kino niekomercyjne i jako takie nie ma wielkich rzesz zwolenników. Ale mnie ten film po prostu kupił. Zdecydowanie polecam, bo jest cholernie dobry. Jest również na tyle oryginalny, że postanowiłem (za namową żony) wystawić mu oryginalną notę. A co tam! Wolno mi!

werdykt:
9,25/10


piątek, 30 września 2011

BURTON & CYB - KOSMICZNI RABUSIE (część 1) - Antonio Segura & Jose Ortiz


W końcu udało mi się nabyć pierwszą z dwóch wydanych w Polsce części komiksu Burton & Cyb – Kosmiczni Rabusie. Obecnie kupienie tego komiksu możliwe jest praktycznie tylko za pośrednictwem portali aukcyjnych, rzecz bowiem została wydana w 1992 roku. Nie mniej jednak warto było zapolować na egzemplarz Burtona i Cyba, bo komiks ten z pewnością zasługuje na uwagę.


Tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, odsyłam do recenzji drugiej części Burtona i Cyba, którą opublikowałem na łamach niniejszego bloga w zeszłym roku (można ją znaleźć TUTAJ). A reszcie przypomnę tylko, że Burton i Cyb to para kosmicznych nicponi, złodziejaszków i hochsztaplerów. Komiks o ich przygodach podzielony jest na krótkie historie, a każda z nich opowiada o konkretnym „szwindlu”, jakiego zamierzają dokonać nasi antybohaterowie. W części pierwszej („Komiks” nr 6/1992) Burton i Cyb sabotują walkę bokserską, budują mechanicznego „boga” dla chciwego i despotycznego kapłana, walczą z olbrzymią, latającą meduzą, wywołują spreparowaną inwazję na asteroid bogaty w szlachetne metale, wyruszają na poszukiwanie Excalibura oraz próbują złapać „Rybę – Diabła” na planecie oceanicznej. Trzeba przyznać, że ich przygody są naprawdę zróżnicowane…

Refleksją, jaka nasuwa się po przeczytaniu komiksu jest podziw nad sposobem opowiadania historii przez autorów komiksu. Pomimo, że poszczególne epizody są naprawdę krótkie (po kilka stron), upakowano je całą masą wydarzeń i zwrotów akcji. Ponadto czytelnik nie ma właściwie chwili wytchnienia, bo cały czas rzucany jest w wir międzygalaktycznych przygód odbywających się w rozmaitych sceneriach. W tym miejscu trzeba również dodać, że autorzy komiksu przedstawiają czytelnikowi bardzo ciekawe – choć niestety szczątkowo ukazane – kosmiczne uniwersum. Mamy tu wielość planet i ras je zamieszkujących. Są cyborgi, roboty i ciekawie „zaprojektowane” statki kosmiczne i pojazdy. Myślę, że dałoby się to wszystko wykorzystać do stworzenia jednej, długiej i rozbudowanej fabularnie opowieści z Burtonem i Cybem w roli głównej. Ale nie ma co narzekać, bo forma krótkich historyjek też się sprawdza. 

Burton i Cyb to kawał porządnej, komiksowej roboty, również pod kątem wizualnym. Rysunki są po prostu ciekawe: z jednej strony dość szczegółowe w przedstawianiu detali rozmaitych obiektów (co pasuje do konwencji science fiction), a drugiej strony groteskowe i komiczne w sposobie przedstawiania postaci. Całość jest bardzo humorystyczna, choć w odniesieniu do drugiej części komiksu („Komiks” nr 4/1993) wydała mi się mniej zabawna i mniej błyskotliwa. Nie mniej jednak w równym stopniu polecam obie części komiksu, bo jest to rzecz niebanalna, a nawet zaskakująca.

werdykt:
7/10

czwartek, 25 sierpnia 2011

Odległy świat według mistrza Andreasa - recenzja komiksu "ARQ"


Piątka przypadkowych bohaterów, wśród których jest informatyk, morderca, prostytutka oraz profesor i studentka (ci ostatni są małżeństwem), zostaje przeniesiona do dziwnego, obcego świata. Sposób i przyczyna tego przeniesienia jest pierwszą z tajemnic, jakie spotykamy na kartach komiksu autorstwa Andreasa (scenariusz i rysunki). Ten intrygujący początek to jedynie ułamek całej góry lodowej tajemnic. Góry lodowej zwanej „ARQ”.

Od początku znana jest tylko jedna rzecz, która łączy piątkę naszych bohaterów. Wszyscy z nich na chwilę przed przeniesieniem przebywali w tanim, podrzędnym hotelu, w ogóle jednak nie znając się nawzajem (oczywiście za wyjątkiem profesora i studentki). Okoliczności towarzyszące każdej z postaci są zgoła rożne. Mniej więcej w chwili przeniesienia informatyk spada z dachu budynku, prostytutka strzela z pistoletu do swojego „opiekuna”, profesor i studentka są w trakcie trudnej rozmowy o przyszłości ich związku, a zamaskowany nożownik znajduje w hotelu kryjówkę, zaraz po dokonaniu brutalnego mordu, którego ofiarą jest policjant. W jednym momencie wszystkie te okoliczności przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, bowiem oczom bohaterów ukazuje się nieznany świat Arq. Na dodatek piątka przypadkowych ludzi wpada w ręce walczących między sobą prymitywnych tubylców. Czy jednak rzeczywiście jest to piątka przypadkowych osób? Jak się okazuje, jedna z postaci wcale nie wydaje się być zaskoczona swoją obecnością w Arq. Poza tym świat ten wcale nie jest taki prymitywny, na jaki wygląda. Gdzieś tam w przestworzach, pod zielonymi chmurami kwasu unoszą się twory konstrukcyjne wyglądające na dzieło wysoko rozwiniętej cywilizacji… Czym jest Arq i gdzie się znajduje? Czy bohaterom uda się powrócić do swojego świata? To kolejne tajemnice, które autor komiksu odkrywa przed czytelnikiem kawałek po kawałku, na 288 stronach swojego genialnego komiksu,  jednak muszę tu zaznaczyć, że nie wszystkie pytania znajdą swoje odpowiedzi, a udzielone odpowiedzi nie zawsze są jednoznaczne. Poza tym wiele kawałków układanki nie zostanie odkryte, co sprawia, że ten wielowątkowy i niebanalny komiks w niezwykły sposób działa na wyobraźnię czytelnika.

Historia opowiedziana przez Andreasa jest wciągająca. Jest to jeden z najlepszych komiksowych scenariuszy, z jakimi miałem dotychczas do czynienia. Pogmatwana fabuła to chyba znak znak rozpoznawczy autora, który ma na swoim koncie takie komiksowe dzieła jak Rork i Cromwell Stone. Ale nie tylko fabuła jest silną stroną Arq. Zachwycają także rysunki. Na pierwszy rzut oka proste, czytelne i puste, kryją w sobie jednak wiele szczegółów, a nadane rysunkom barwy wprowadzają do opowieści wspaniały klimat i nastrój. Obrazy przedstawiające świat Arq są niepokojące, głównie za sprawą przedstawiania przez autora rozległych przestrzeni, zagadkowych zjawisk przyrodniczo-atmosferycznych i dziwnych stworzeń zamieszkujących ten świat. Poza tym w komiksie zastosowano prosty, acz ciekawy patent : strony albumu, które przedstawiają wydarzenia w Arq mają białe tło, natomiast wydarzenia dziejące się w „naszej” rzeczywistości przedstawione są na czarnych stronach. Wszystko to sprawia, że czytanie i oglądanie komiksu jest niezwykłym doświadczeniem. Uczta dla oka i umysłu…

Dla mnie Arq to jeden z najlepszych komiksów, jakie czytałem. Komiks ten – jako dzieło – jest w moim przekonaniu pozbawiony wad. Jedyną wadę stanowi kwestia materialna, czyli cena polskiego wydania. Owszem, jest wysoka, ale mimo wszystko nie żałuję wydanych złotówek. Polecam Arq (absolutnie) wszystkim fanom komiksu.

werdykt:
10/10