RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 6): The Avengers, Kronika, Kobieta w Czerni, The Silent House (La Casa Muda)

W kolejnym odcinku recenzji filmowych z cyklu "TRZY SZYBKIE" zapraszam tym razem na CZTERY krótkie teksty o filmach, tak żeby było "śmieszniej". Jest również inny powód dla akurat czterech, a nie trzech recenzji, bowiem mam tu dwa ciekawe zestawienia. Najpierw rzecz o superbohaterach: z jednej strony wyidealizowana wersja życia "superheroes" przedstawiona w The Avengers, z drugiej zaś strony zderzenie supermocy z brutalnym, ale prawdziwym życiem w Kronice. Oba filmy są godne uwagi, ale ja daję pół punktu więcej dla Kroniki, głównie ze względu na świeże podejście do tematu. W drugim zestawieniu proponuję dwa bardzo dobre horrory, z pozoru różne od siebie (poziom i sposób realizacji), ale w istocie bardzo do siebie zbliżone, a to za sprawą elementu, który należy chyba nazwać "przesłaniem". W moim odczuciu minimalnie lepszy jest (urugwajski!) The Silent House (La Casa Muda), ale przecież każdy może tu mieć zupełnie odmienne zdanie... 

The Avengers (2012) reż. Joss Whedon
gatunek: science fiction / akcja / adaptacja komiksu
podobne do: Iron Man, Thor, Captain America, Hulk, itp.
o czym: Do zekranizowanych wcześniej, wyżej wymienionych superbohaterów dołącza Czarna Wdowa i Sokole Oko (Hawkeye), aby zmierzyć się z poważnym zagrożeniem dla istnienia całej ludzkości. Wrogiem numer jeden jest przyrodni brat Thora, czyli Loki i zastępy humanoidalnych robali z kosmosu. Zanim jednak grupa zwana The Avengers stawi czoło przeciwnikom, musi sama się pozbierać, co nie jest wcale łatwe.
czy warto obejrzeć? Pozycja obowiązkowa dla fanów marvelowskich komiksów, ale również dla wszelakich miłośników akcji upstrzonej humorystycznymi dialogami i powalającymi efektami specjalnymi. Pomimo pewnych fabularnych naiwności i kilku dłużyzn wydaje mi się, że Hollywood znalazł ostateczną receptę na filmy o superbohaterach. Daję również plus za niezłe efekty 3D, choć nie jestem zwolennikiem tej technologii w obecnym "kształcie". 
werdykt:  /10


Kronika (2012) reż. Joshua Trank
gatunek: science fiction / akcja / dramat
podobne do: trochę na wyrost - Carrie, Push 
o czym: Jak zdobyć moc superbohatera? Trzeba trafić do odpowiedniej jamy w ziemi i to dosłownie. Udało się to trzem przyjaciołom, którzy posiedli nadnaturalne, niezwykle potężne zdolności (telekineza, latanie itp.). Okazuje się jednak, że samo posiadanie takich mocy nie czyni z człowieka praworządnego herosa, ani też arcyłotra w kolorowym trykocie. Sprawa jest znacznie bardziej złożona...
czy warto obejrzeć? Kronika jest jedną z najciekawszych kinowych pozycji sci-fi tego roku. Mamy tu charakterystycznego głównego bohatera, który jest postacią dramatyczną (z czasem staje się antybohaterem). Bardzo efektowne pokazy wykorzystania supermocy idą w parze z wyraźnie zarysowanym tłem psychologicznym. Czyli w skrócie: rozpierducha na ekranie z chwilą na refleksję. Brawa za efekty specjalne i ciekawą kulminację historii.
werdykt:  8,5 /10


Kobieta w Czerni (2012) reż. James Watkins
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom"
o czym: Młody notaiusz Artur Kipps przyjeżdża do małego, przytłaczającego miasteczka, w którym ma zająć się sprawami spadkowymi nieżyjącej już właścicielki pewnego starego domostwa.  Legendy głoszą, że w pobliżu posiadłości pojawia się kobieca postać ubrana na czarno, co zawsze zwiastuje śmierć jakiegoś dziecka. Scenariusz niby oklepany, ale...
czy warto obejrzeć? Kobieta w Czerni to naprawdę solidna propozycja dla miłośników nastrojowych filmów grozy. Film wręcz ocieka mrocznym, gotyckim klimatem i pomimo niezbyt oryginalnej fabuły potrafi przykuć widza do ekranu dzięki umiejętnie budowanemu napięciu. Oglądane sceny niejednokrotnie sprawiają, że dreszcz przechodzi po plecach. Na uwagę zasługuje również fakt, że film stara się przemycić niegłupie przesłanie, nie czyniąc tego w nachalny i oczywisty sposób.
werdykt:  /10



The Silent House (2010) reż. Gustavo Hernández
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom" i nie tylko
o czym: Pewna dziewczyna przybywa wraz ze swoim ojcem do starego domu położonego na odludziu, w celu przeprowadzenia remontu zaniedbanej nieruchomości. Jednak zanim oboje zdążą tego dnia zasnąć, zacznie się koszmar. Ktoś (lub coś) próbuje odizolować naszą bohaterkę od rzeczywistości i pozbawić ją zmysłów... Albo ma zupełnie inny, nieodgadniony cel. W tej historii nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
czy warto obejrzeć? Pomimo (pozornie) sztampowego motywu ze starym domem okazuje się, że od początku filmu widz zostaje rzucony na głęboką wodę. Niezależność tej produkcji i jej niekomercyjny charakter pozwoliły twórcom na wykreowanie co najmniej kilku scen grozy, które ocierają się o geniusz. The Silent House naprawdę potrafi przestraszyć, nawet lepiej niż niejeden wysokobudżetowy horror. Moja ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie druga, słabsza połowa filmu. Napięcie trochę siadło, większość tajemnic się wyjaśniła. Pozostał pewien niedosyt, ale i tak polecam The Silent House - to świetny (urugwajski!) horror.
                                                                   werdykt:  7,5 /10

czwartek, 1 grudnia 2011

Shaun Tan - "Przybysz" (The Arrival) - krótka recenzja jednego z moich ulubionych komiksów

Album Przybysz, którego autorem jest Shaun Tan, jest (naprawdę!) jednym z najlepszych komiksów, jakie kiedykolwiek czytałem. Właściwie słowo "czytałem" nie jest tu całkowicie adekwatne, bowiem Przybysz jest graficzną opowieścią pozbawioną dialogów, a przynajmniej dialogów w formie takiej, jaką znamy z komiksów z klasycznymi "chmurkami". Poniżej opowiem w kilku słowach o tym, dlaczego uznaję Przybysza za dzieło wyjątkowe, a także udzielę nieskromnie kilku rad, jak komiks ten powinno się czytać.


Przybysz opowiada historię człowieka, który opuszcza swoją rodzinę i swój kraj (choć akurat określenie "kraj" jest tu tylko moim domysłem) i udaje się w podróż do innego świata (tudzież "kraju"), w poszukiwaniu lepszego życia i - być może - nowej szansy dla swojej rodziny. Rzeczywistość, jaką zastaje na odległym lądzie jest  przerażająca i fascynująca zarazem. Świat, w którym przyjdzie zamieszkać tytułowemu przybyszowi, jest dla niego zupełnie obcy, niezrozumiały i rządzący się dziwnymi regułami. Przede wszystkim jednak świat ten wydaje się być przytłaczający i to dosłownie: Przybysz widzi wszędzie olbrzymie budowle, monumentalne posągi i niesamowite stworzenia towarzyszące jego mieszkańcom. Komiks opowiada o trudnościach bohatera w odnalezieniu się w nowym dla niego świecie. Poznajemy również losy innych ludzi, którzy trafili do tego świata, zmuszeni opuszczać swoje ojczyzny różnych, z reguły dramatycznych okolicznościach.

Można zatem uprościć powyższy opis, mówiąc, iż Przybysz jest komiksem traktującym ogólnie o zjawisku emigracji. I tak też jest w istocie. Jednakże nalegam, by nie odzierać tego komiksu z tego co w nim najlepsze, czyli zawartej w nim magii i tajemniczości. Owszem, interpretacja sprowadzająca Przybysza do roli wizualnej przypowiastki o emigracji każdemu inteligentnemu czytelnikowi nasunie się sama, ale moim zdaniem lepiej jest czytać Przybysza (przynajmniej za pierwszym razem) takim, jaki jest powierzchownie. Warto czytać ten komiks jako historię bezimiennego bohatera, uciekającego ze świata okrytego mackami jakiejś złowrogiej istoty (lub istot), do świata nowego, niezrozumiałego i dziwnego, ale za to dającego schronienie i... ukojenie.

Przytoczone powyżej emocje autor komiksu wyraził naprawdę po mistrzowsku. Oglądane obrazy są ucztą dla oka. Całość utrzymana jest w sepii, co podkreśla melancholijny charakter dzieła. Rysunki ludzi skupiają się głównie na wyrażaniu ich emocji, co czynią w sposób trafny, zaś wizje przedstawiające miejsca są niezwykle szczegółowe i w doskonały sposób odzwierciedlają ich monumentalny (wręcz przytłaczający) charakter. Ogólnie warstwę wizualną komiksu mogę podsumować w trzech słowach: po prostu poezja!

Na tym kończę swoje wywody i mam nadzieję, że zachęciły Was one do lektury Przybysza. Zapewniam, że to lektura naprawdę niezwykła.


werdykt: 
10/10

Zamieszczone powyżej obrazki pochodzą z oficjalnej strony autora, na której znajdziecie znacznie więcej przykładowych grafik: www.shauntan.net

piątek, 30 września 2011

BURTON & CYB - KOSMICZNI RABUSIE (część 1) - Antonio Segura & Jose Ortiz


W końcu udało mi się nabyć pierwszą z dwóch wydanych w Polsce części komiksu Burton & Cyb – Kosmiczni Rabusie. Obecnie kupienie tego komiksu możliwe jest praktycznie tylko za pośrednictwem portali aukcyjnych, rzecz bowiem została wydana w 1992 roku. Nie mniej jednak warto było zapolować na egzemplarz Burtona i Cyba, bo komiks ten z pewnością zasługuje na uwagę.


Tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, odsyłam do recenzji drugiej części Burtona i Cyba, którą opublikowałem na łamach niniejszego bloga w zeszłym roku (można ją znaleźć TUTAJ). A reszcie przypomnę tylko, że Burton i Cyb to para kosmicznych nicponi, złodziejaszków i hochsztaplerów. Komiks o ich przygodach podzielony jest na krótkie historie, a każda z nich opowiada o konkretnym „szwindlu”, jakiego zamierzają dokonać nasi antybohaterowie. W części pierwszej („Komiks” nr 6/1992) Burton i Cyb sabotują walkę bokserską, budują mechanicznego „boga” dla chciwego i despotycznego kapłana, walczą z olbrzymią, latającą meduzą, wywołują spreparowaną inwazję na asteroid bogaty w szlachetne metale, wyruszają na poszukiwanie Excalibura oraz próbują złapać „Rybę – Diabła” na planecie oceanicznej. Trzeba przyznać, że ich przygody są naprawdę zróżnicowane…

Refleksją, jaka nasuwa się po przeczytaniu komiksu jest podziw nad sposobem opowiadania historii przez autorów komiksu. Pomimo, że poszczególne epizody są naprawdę krótkie (po kilka stron), upakowano je całą masą wydarzeń i zwrotów akcji. Ponadto czytelnik nie ma właściwie chwili wytchnienia, bo cały czas rzucany jest w wir międzygalaktycznych przygód odbywających się w rozmaitych sceneriach. W tym miejscu trzeba również dodać, że autorzy komiksu przedstawiają czytelnikowi bardzo ciekawe – choć niestety szczątkowo ukazane – kosmiczne uniwersum. Mamy tu wielość planet i ras je zamieszkujących. Są cyborgi, roboty i ciekawie „zaprojektowane” statki kosmiczne i pojazdy. Myślę, że dałoby się to wszystko wykorzystać do stworzenia jednej, długiej i rozbudowanej fabularnie opowieści z Burtonem i Cybem w roli głównej. Ale nie ma co narzekać, bo forma krótkich historyjek też się sprawdza. 

Burton i Cyb to kawał porządnej, komiksowej roboty, również pod kątem wizualnym. Rysunki są po prostu ciekawe: z jednej strony dość szczegółowe w przedstawianiu detali rozmaitych obiektów (co pasuje do konwencji science fiction), a drugiej strony groteskowe i komiczne w sposobie przedstawiania postaci. Całość jest bardzo humorystyczna, choć w odniesieniu do drugiej części komiksu („Komiks” nr 4/1993) wydała mi się mniej zabawna i mniej błyskotliwa. Nie mniej jednak w równym stopniu polecam obie części komiksu, bo jest to rzecz niebanalna, a nawet zaskakująca.

werdykt:
7/10

czwartek, 25 sierpnia 2011

Odległy świat według mistrza Andreasa - recenzja komiksu "ARQ"


Piątka przypadkowych bohaterów, wśród których jest informatyk, morderca, prostytutka oraz profesor i studentka (ci ostatni są małżeństwem), zostaje przeniesiona do dziwnego, obcego świata. Sposób i przyczyna tego przeniesienia jest pierwszą z tajemnic, jakie spotykamy na kartach komiksu autorstwa Andreasa (scenariusz i rysunki). Ten intrygujący początek to jedynie ułamek całej góry lodowej tajemnic. Góry lodowej zwanej „ARQ”.

Od początku znana jest tylko jedna rzecz, która łączy piątkę naszych bohaterów. Wszyscy z nich na chwilę przed przeniesieniem przebywali w tanim, podrzędnym hotelu, w ogóle jednak nie znając się nawzajem (oczywiście za wyjątkiem profesora i studentki). Okoliczności towarzyszące każdej z postaci są zgoła rożne. Mniej więcej w chwili przeniesienia informatyk spada z dachu budynku, prostytutka strzela z pistoletu do swojego „opiekuna”, profesor i studentka są w trakcie trudnej rozmowy o przyszłości ich związku, a zamaskowany nożownik znajduje w hotelu kryjówkę, zaraz po dokonaniu brutalnego mordu, którego ofiarą jest policjant. W jednym momencie wszystkie te okoliczności przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, bowiem oczom bohaterów ukazuje się nieznany świat Arq. Na dodatek piątka przypadkowych ludzi wpada w ręce walczących między sobą prymitywnych tubylców. Czy jednak rzeczywiście jest to piątka przypadkowych osób? Jak się okazuje, jedna z postaci wcale nie wydaje się być zaskoczona swoją obecnością w Arq. Poza tym świat ten wcale nie jest taki prymitywny, na jaki wygląda. Gdzieś tam w przestworzach, pod zielonymi chmurami kwasu unoszą się twory konstrukcyjne wyglądające na dzieło wysoko rozwiniętej cywilizacji… Czym jest Arq i gdzie się znajduje? Czy bohaterom uda się powrócić do swojego świata? To kolejne tajemnice, które autor komiksu odkrywa przed czytelnikiem kawałek po kawałku, na 288 stronach swojego genialnego komiksu,  jednak muszę tu zaznaczyć, że nie wszystkie pytania znajdą swoje odpowiedzi, a udzielone odpowiedzi nie zawsze są jednoznaczne. Poza tym wiele kawałków układanki nie zostanie odkryte, co sprawia, że ten wielowątkowy i niebanalny komiks w niezwykły sposób działa na wyobraźnię czytelnika.

Historia opowiedziana przez Andreasa jest wciągająca. Jest to jeden z najlepszych komiksowych scenariuszy, z jakimi miałem dotychczas do czynienia. Pogmatwana fabuła to chyba znak znak rozpoznawczy autora, który ma na swoim koncie takie komiksowe dzieła jak Rork i Cromwell Stone. Ale nie tylko fabuła jest silną stroną Arq. Zachwycają także rysunki. Na pierwszy rzut oka proste, czytelne i puste, kryją w sobie jednak wiele szczegółów, a nadane rysunkom barwy wprowadzają do opowieści wspaniały klimat i nastrój. Obrazy przedstawiające świat Arq są niepokojące, głównie za sprawą przedstawiania przez autora rozległych przestrzeni, zagadkowych zjawisk przyrodniczo-atmosferycznych i dziwnych stworzeń zamieszkujących ten świat. Poza tym w komiksie zastosowano prosty, acz ciekawy patent : strony albumu, które przedstawiają wydarzenia w Arq mają białe tło, natomiast wydarzenia dziejące się w „naszej” rzeczywistości przedstawione są na czarnych stronach. Wszystko to sprawia, że czytanie i oglądanie komiksu jest niezwykłym doświadczeniem. Uczta dla oka i umysłu…

Dla mnie Arq to jeden z najlepszych komiksów, jakie czytałem. Komiks ten – jako dzieło – jest w moim przekonaniu pozbawiony wad. Jedyną wadę stanowi kwestia materialna, czyli cena polskiego wydania. Owszem, jest wysoka, ale mimo wszystko nie żałuję wydanych złotówek. Polecam Arq (absolutnie) wszystkim fanom komiksu.

werdykt:
10/10

czwartek, 27 stycznia 2011

Pinokio opowiedziany zupełnie inaczej - recenzja komiksu Winshluss'a

Jestem właśnie po lekturze najnowszego komiksu wydawnictwa „kultura gniewu”, zatytułowanego „Pinokio”. Autorem tego dzieła jest niejaki Winshluss. To rzecz jasna pseudonim, pod którym kryje się Vincent Paronnaud, współtwórca filmowej (nawiasem mówiąc - rewelacyjnej!) adaptacji komiksu „Persepolis”. Tyle o autorze, bo nie zamierzam tu specjalnie wchodzić w szczegóły. Moim celem jest przede wszystkim wychwalenie komiksu „Pinokio” pod niebiosa :)


Bohaterem historii jest oczywiście Pinokio, ale w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru nie jest on drewnianą kukiełką, a stalowym androidem bojowym. Po opracowaniu swojego projektu życia, Gepetto udaje się niezwłocznie do jednostki wojskowej, zostawiając robota ze swoją żoną Swietłaną. Podczas gdy chciwy wynalazca próbuje sprzedać Pinokia armii, jako śmiercionośnego i niezniszczalnego robota, Swietłana odkrywa w domu możliwości małego androida. Zwróciwszy szczególną uwagę na długi nos Pinokia próżne babsko wykorzystuje go w celu zaspokojenia swoich potrzeb seksualnych. Tak zaczyna się długa i obfitująca w wiele przygód historia Pinokia…

W komiksie Winshluss'a dobrze znana wszystkim bajka została skonfrontowana ze smutną i brutalną rzeczywistością. Nie brakuje tu przemocy, narkotyków, pijaństwa, seksu i gwałtu, choć muszę dodać, że historia ta nie ma tak dużego ciężaru gatunkowego jak omawiany na łamach Odległych Światów komiks „Bez komentarza”. Duża doza bajkowości została tu zachowana, szczególnie za sprawą świetnych rysunków, wykonanych różnymi technikami. Nad samymi rysunkami nie będę się tu rozwodził, ale dodam tylko, że cechują się one dość prostym, bajkowym stylem, a jednocześnie są niezwykle klimatyczne, wręcz mroczne. Wracając do naszego głównego bohatera: Pinokio jest biernym obserwatorem świata, w którym egzystuje, a jednocześnie jest osią wszelkich wydarzeń tego świata. Przemierza dziwny świat będąc tworem pozbawionym emocji, nieświadomie doświadcza ich jednak ze strony napotkanych postaci. A trzeba dodać, że jest to naprawdę wybuchowa mieszanka wrażeń. Dość powiedzieć, że naszemu bohaterowi przytrafiają się takie "przygody" jak wrzucenie do pieca, zawiśnięcie na stryczku umieszczonym na olbrzymiej atrapie świątecznego cukierka, czy pożarcie przez rybę-monstrum. Poza dawką raczej negatywnych emocji jest tu także miejsce na groteskę, czarny humor i wzruszenia. Szczególnie rozbawiły mnie przerywniki, jakimi są krótkie historyjki o karaluchu imieniem Jiminy. Karaluch ten zamieszkuje głowę androida Pinokia, a ponadto – żeby było ciekawiej – jest niedoszłym pisarzem, pozbawionym zupełnie weny twórczej i chęci do życia. W całej opowieści pojawia się także banda siedmiu krasnoludków, a raczej siedmiu zbereźników, którzy próbują obudzić śpiącą królewnę i urządzić sobie dziką orgię z jej udziałem…

Koniec tego, więcej szczegółów już nie zdradzę. Komiks „Pinokio” polecam zdecydowanie. To z pewnością jeden z najciekawszych komiksów jakie było mi dane przeczytać. Na uwagę zasługuje także wydanie tego dzieła. Duży format (bodajże A4), ok. 190 stron na kredowym papierze, gruba, twarda oprawa i świetna okładka. Ale to wszystko niestety ma swoją (dosyć słoną) cenę. I to jest chyba największa (o ile nie jedyna) wada „Pinokia”. 

Po więcej informacji na temat komiksu i przykładowe strony do obejrzenia odsyłam na stronę kultury gniewu

Moja ocena:
10/10

niedziela, 1 sierpnia 2010

BURTON & CYB (2) - KOSMICZNI RABUSIE

Wraz z nową szatą graficzną bloga - trochę w stylu gier retro - przedstawiam kolejną recenzję, również nawiązującą do czasów minionych. Będzie to komiks "Burton & Cyb", a dokładnie druga odsłona tego komiksu, wydana w Polsce w 1993 roku w magazynie "Komiks" (tudzież "Komiks - Fantastyka"). Poniżej okładka tego komiksu, choć w wersji niemieckiej (wersji polska jest bardzo podobna, ale nie udało mi się jej znaleźć w obrazku o zadowalającej jakości).
 ***

Komiks ten jest już właściwie białym krukiem, a to ze względu na znaczne trudności w jego nabyciu. Zresztą pierwszej części Burtona i Cyba nie udało mi się jeszcze zdobyć... Zawsze jednak darzę niesamowitym sentymentem zeszyty magazynu "Komiks", który wydawany był niegdyś przez wydawnictwo "Prószyński i S-ka". Po pierwsze dlatego, że kojarzą mi się z dzieciństwem (moim pierwszym w życiu komiksem był jeden z odcinków "Wiedźmina" wydany właśnie na łamach opisywanego wydawnictwa), po drugie dlatego, że komiksy te znacznie różniły się jakościowo od wydawanych w tamtym czasie seryjnie Batmanów, Supermanów, Spidermanów, itd. I nie chodzi tu tylko o jakość papieru, ale przede wszystkim o poziom artystyczny tych komiksów. Burton i Cyb nie jest tu może najlepszym przykładem (jeżeli chodzi o poziom artystyczny), ale wpadł w moje ręce dopiero niedawno i wywołał po raz kolejny rzewne wspomnienia z czasów dzieciństwa... Można zatem powiedzieć, że Burton & Cyb stał się jedynie pretekstem do refleksji nad zapomnianym już dziś "Komiksem", ale coś o Kosmicznych Rabusiach też trzeba powiedzieć.

Burton i Cyb to antybohaterowie. W zasadzie ciężko ich polubić bo to po prostu cwaniaki, złodzieje i hochsztaplerzy.  Mają różne perypetie, które zaczynają się przeważnie od chęci szybkiego i niekoniecznie uczciwego wzbogacenia się w duże ilości "kredytek solarnych". Sam komiks jest właśnie zbiorem krótkich przygód naszych antybohaterów. Raz próbują okraść dom aukcyjny intergalaktycznych piratów, innym razem, przy pomocy istoty, która potrafi przybrać dowolną postać, próbują sprzedać idealnie piękne kobiety na planecie zamieszkałej przez samych nabuzowanych testosteronem samców. Złe uczynki rzadko kiedy się jednak naszym pupilom udają. Pomimo wszelkich starań są oni jednak nieudacznikami. I tu właściwie autorzy załagodzili sprawę, być może nie chcąc, by ich dzieło zostało uznane za niemoralne i gorszące. Komiks jest zatem czysto rozrywkowy i trudno szukać w nim głębszego przesłania. No, może jedynie w historyjce, w której Burton i Cyb zamieniają plemię brutalnych małpoludów w inteligentne istoty, przy pomocy niezwykłego urządzenia, a następnie próbują zmusić "małpowców" do podpisania wyzyskującego kontraktu, zmuszającego do ciężkiej harówki, za psie pieniądze. I wówczas okazuje się, że inteligentne małpy zaczynają się buntować, zakładają na prędce związki zawodowe, a nawet partię komunistyczną! Widać tu wyraźne odniesienie do naszej rzeczywistości, jest ono raczej trafnym pastiszem. I choćby dlatego nie żałuję, że kupiłem i przeczytałem Burtona i Cyba. Pomimo pewnej ubogości scenariusza (głównie ze względu na to, że są to króciutkie historie), polecam komiks "Burton & Cyb - Kosmiczni Rabusie", jako osoba, która z dużym zainteresowaniem śledzi wszelkie inteligentne próby połączenia komedii z konwencją science fiction.


Moja ocena:
7/10

sobota, 29 maja 2010

Ivan Brun - "BEZ KOMENTARZA"

Dziś dla odmiany krótko i na temat o bardzo ciekawym komiksie.


BEZ KOMENTARZA - bo taki tytuł, nosi ten komiks - jest obrazem na wskroś smutnym. Przedstawia świat i ludzi z tej gorszej strony, bowiem poruszone tu kwestie dotyczą przede wszystkim ludzkiego cynizmu, hipokryzji, chciwości, głupoty, żądzy władzy, pieniędzy i bogactwa oraz kontrastujących z nimi ubóstwa, nędzy, głodu i ogólnego braku perspektyw. Te niezbyt przyjemne, aczkolwiek prawdziwe aspekty naszego życia autor komiksu uwydatnia w krótkich historiach, których bohaterami są właściwie zwykli, bezimienni ludzie: sprzątaczka, żołnierz, inżynier, biznesmen, zapalony ekolog, członek zespołu punkowego itd. Ich krótkie "przygody" są zazwyczaj nasycone patologiami, bezsensem życia codziennego, przemocą, seksem i wieloma innymi negatywnymi zjawiskami. Ogólnie komiks wydaje się być dość wulgarny (nie chodzi tu jednak o warstwę tekstową, bo w komiksie tym nie pada ani jedno słowo), ale to z pewnością zabieg celowy, być może nawet ma na celu wywołanie u czytelnika swojego rodzaju "katharsis". Morał płynący z opowiadanych historyjek w wielu przypadkach jest oczywisty i prosty (zgodnie z tytułem: BEZ KOMENTARZA), ale czyta się to bardzo ciekawie. I bez wątpienia jest tu nad czym pomyśleć.

Natomiast warstwa graficzna "BEZ KOMENTARZA" idealnie wpisuje się w ogólną treść i wydźwięk komiksu. Sposób przedstawienia "ciemnej strony życia" jest jednak przewrotny. Rysunki są dość infantylne, wręcz dziecinne, a zwykli ludzie na rysunkach to małe, pucołowate ludki z tłustymi buźkami. Nie trzeba tu być geniuszem, żeby stwierdzić, że to również zabieg celowy autora. Moim zdaniem ma on na celu uwypuklenie negatywnych cech ludzi, ich małostkowości i słabości. Generalnie warstwa graficzna bardzo przypadła mi do gustu. Sam komiks jako całość również, o czym świadczy przedstawiona poniżej (choć bez wątpienia subiektywna) ocena.

Zainteresowanych odsyłam na stronę internetową wydawcy (kultura gniewu), gdzie można zapoznać się z ogólnym opisem i obejrzeć kilka przykładowych stron z komiksu. Link TUTAJ.

Moja ocena:
8/10