RECENZJE FILMÓW / KSIĄŻEK / GIER PLANSZOWYCH I KOMPUTEROWYCH / SCIENCE FICTION / HORROR / FANTASY / THRILLER / POSTAPOKALIPSA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

TRZY SZYBKIE (odc. 6): The Avengers, Kronika, Kobieta w Czerni, The Silent House (La Casa Muda)

W kolejnym odcinku recenzji filmowych z cyklu "TRZY SZYBKIE" zapraszam tym razem na CZTERY krótkie teksty o filmach, tak żeby było "śmieszniej". Jest również inny powód dla akurat czterech, a nie trzech recenzji, bowiem mam tu dwa ciekawe zestawienia. Najpierw rzecz o superbohaterach: z jednej strony wyidealizowana wersja życia "superheroes" przedstawiona w The Avengers, z drugiej zaś strony zderzenie supermocy z brutalnym, ale prawdziwym życiem w Kronice. Oba filmy są godne uwagi, ale ja daję pół punktu więcej dla Kroniki, głównie ze względu na świeże podejście do tematu. W drugim zestawieniu proponuję dwa bardzo dobre horrory, z pozoru różne od siebie (poziom i sposób realizacji), ale w istocie bardzo do siebie zbliżone, a to za sprawą elementu, który należy chyba nazwać "przesłaniem". W moim odczuciu minimalnie lepszy jest (urugwajski!) The Silent House (La Casa Muda), ale przecież każdy może tu mieć zupełnie odmienne zdanie... 

The Avengers (2012) reż. Joss Whedon
gatunek: science fiction / akcja / adaptacja komiksu
podobne do: Iron Man, Thor, Captain America, Hulk, itp.
o czym: Do zekranizowanych wcześniej, wyżej wymienionych superbohaterów dołącza Czarna Wdowa i Sokole Oko (Hawkeye), aby zmierzyć się z poważnym zagrożeniem dla istnienia całej ludzkości. Wrogiem numer jeden jest przyrodni brat Thora, czyli Loki i zastępy humanoidalnych robali z kosmosu. Zanim jednak grupa zwana The Avengers stawi czoło przeciwnikom, musi sama się pozbierać, co nie jest wcale łatwe.
czy warto obejrzeć? Pozycja obowiązkowa dla fanów marvelowskich komiksów, ale również dla wszelakich miłośników akcji upstrzonej humorystycznymi dialogami i powalającymi efektami specjalnymi. Pomimo pewnych fabularnych naiwności i kilku dłużyzn wydaje mi się, że Hollywood znalazł ostateczną receptę na filmy o superbohaterach. Daję również plus za niezłe efekty 3D, choć nie jestem zwolennikiem tej technologii w obecnym "kształcie". 
werdykt:  8 /10


Kronika (2012) reż. Joshua Trank
gatunek: science fiction / akcja / dramat
podobne do: trochę na wyrost - Carrie, Push 
o czym: Jak zdobyć moc superbohatera? Trzeba trafić do odpowiedniej jamy w ziemi i to dosłownie. Udało się to trzem przyjaciołom, którzy posiedli nadnaturalne, niezwykle potężne zdolności (telekineza, latanie itp.). Okazuje się jednak, że samo posiadanie takich mocy nie czyni z człowieka praworządnego herosa, ani też arcyłotra w kolorowym trykocie. Sprawa jest znacznie bardziej złożona...
czy warto obejrzeć? Kronika jest jedną z najciekawszych kinowych pozycji sci-fi tego roku. Mamy tu charakterystycznego głównego bohatera, który jest postacią dramatyczną (z czasem staje się antybohaterem). Bardzo efektowne pokazy wykorzystania supermocy idą w parze z wyraźnie zarysowanym tłem psychologicznym. Czyli w skrócie: rozpierducha na ekranie z chwilą na refleksję. Brawa za efekty specjalne i ciekawą kulminację historii.
werdykt:  8,5 /10


Kobieta w Czerni (2012) reż. James Watkins
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom"
o czym: Młody notaiusz Artur Kipps przyjeżdża do małego, przytłaczającego miasteczka, w którym ma zająć się sprawami spadkowymi nieżyjącej już właścicielki pewnego starego domostwa.  Legendy głoszą, że w pobliżu posiadłości pojawia się kobieca postać ubrana na czarno, co zawsze zwiastuje śmierć jakiegoś dziecka. Scenariusz niby oklepany, ale...
czy warto obejrzeć? Kobieta w Czerni to naprawdę solidna propozycja dla miłośników nastrojowych filmów grozy. Film wręcz ocieka mrocznym, gotyckim klimatem i pomimo niezbyt oryginalnej fabuły potrafi przykuć widza do ekranu dzięki umiejętnie budowanemu napięciu. Oglądane sceny niejednokrotnie sprawiają, że dreszcz przechodzi po plecach. Na uwagę zasługuje również fakt, że film stara się przemycić niegłupie przesłanie, nie czyniąc tego w nachalny i oczywisty sposób.
werdykt:  7 /10



The Silent House (2010) reż. Gustavo Hernández
gatunek: horror / dramat
podobne do: horrorów typu "nawiedzony dom" i nie tylko
o czym: Pewna dziewczyna przybywa wraz ze swoim ojcem do starego domu położonego na odludziu, w celu przeprowadzenia remontu zaniedbanej nieruchomości. Jednak zanim oboje zdążą tego dnia zasnąć, zacznie się koszmar. Ktoś (lub coś) próbuje odizolować naszą bohaterkę od rzeczywistości i pozbawić ją zmysłów... Albo ma zupełnie inny, nieodgadniony cel. W tej historii nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
czy warto obejrzeć? Pomimo (pozornie) sztampowego motywu ze starym domem okazuje się, że od początku filmu widz zostaje rzucony na głęboką wodę. Niezależność tej produkcji i jej niekomercyjny charakter pozwoliły twórcom na wykreowanie co najmniej kilku scen grozy, które ocierają się o geniusz. The Silent House naprawdę potrafi przestraszyć, nawet lepiej niż niejeden wysokobudżetowy horror. Moja ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie druga, słabsza połowa filmu. Napięcie trochę siadło, większość tajemnic się wyjaśniła. Pozostał pewien niedosyt, ale i tak polecam The Silent House - to świetny (urugwajski!) horror.
                                                                   werdykt:  7,5 /10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

The Divide - rozkład moralny i upadek człowieczeństwa w pigułce


Kino nie rozpieszcza ostatnio miłośników postapokaliptycznych klimatów. Owszem, krążą pogłoski o tym, że po latach powstanie nowy Mad Max, w 2009 roku mieliśmy mroczną Drogę (The Road), a w 2010 roku niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność film Księga Ocalenia (The Book of Eli). Poza tym jednak brakuje mi błyskotliwego i zapadającego w pamięć wykorzystania postapokalipsy we współczesnym kinie (nie liczę tu jednak wszelakich produkcji o zombie, które - bądź co bądź - też stanowią przykład postapokalipsy). Być może tematyka ta nie jest obecnie zbyt nośnym tematem, ale nadal ma wielu wiernych fanów. A ci zapewne ucieszyli się na wieść, że powstał film The Divide.

Xavier Gens, który wyreżyserował The Divide, nie ma jak dotychczas wielu produkcji na swoim koncie, ale jest znany z nie najgorszej ekranizacji gry komputerowej Hitman i całkiem niezłego, choć niezbyt oryginalnego horroru Frontière(s) (polecam zwłaszcza ten francusko-szwajcarski horror, nawiązujący do  amerykańskich slasherów w stylu Wzgórza Mają Oczy). The Divide w tym zestawie również nie wypada źle, ale po kolei...

Film rozpoczyna się od mocnego uderzenia... bomby atomowej w Nowy Jork (tudzież jego okolice). Pewnej grupce osób udaje się odnaleźć w ogromnym chaosie, jaki trwa po eksplozji. Przypadkowi bohaterowie ukrywają się w piwnicach dużego apartamentowca, jednak nie wiedzą, jak długo przyjdzie im spędzić w podziemiach. Szczęśliwym trafem piwnicę budynku zamieszkuje jego konserwator, który jest niezwykle przewidującą osobą, bowiem zgromadził spore zapasy żywności na wypadek ataku terrorystycznego albo jakiejś innej katastrofy, a zatem... fasola w puszkach - jak znalazł! Gospodarz ten jest jednak osobą co najmniej podejrzaną, o niejasnych intencjach i dość ortodoksyjnych poglądach społeczno-politycznych. Prawdziwe emocje zaczynają towarzyszyć bohaterom, gdy dociera do nich grupa ludzi ubranych w specjalistyczne kombinezony, a szybko okazuje się, że bynajmniej nie są oni przyjaźnie nastawioną ekipą ratunkową...

Po takim opisie muszę jednak dodać, że The Divide jest tym, czym nie jest. Początkowy rozwój wydarzeń nieco zwodzi widzów i obiecuje im coś, czego dalej już nie będzie. Fabuła filmu rozwija się bowiem w kierunku ciężkiego, behawioralnego eksperymentu psychologicznego, w którym widz jest tylko biernym obserwatorem dramatycznych wydarzeń. Wraz z upływem czasu niektórzy bohaterowie odsłaniają swoją drugą, złowieszczą naturę, a inni coraz bardziej pogrążają się marazmie, błądząc pustymi spojrzeniami po klaustrofobicznych pomieszczeniach. Atmosfera zaczyna się zagęszczać, a film balansuje na krawędzi mrocznego dramatu i thrillera, czasem nawet horroru. Tutaj jednak strach nie czai się ukryty w ciemnościach, ale ukazuje swoje oblicze w ludzkich (a raczej "nieludzkich") zachowaniach ludzi. To naprawdę mocne kino, nie stroniące od ukazywania przemocy, okrucieństwa, szaleństwa i seksu, z całą pewnością nieprzeznaczone dla osób wrażliwych. Występują tu pewne analogie do filmu Miasto Ślepców (Blindness), zatem fani tego tytułu nie powinni być zawiedzeni oglądając The Divide. Ponadto dużym plusem obrazu jest dla mnie niejednoznaczne ukazanie upływu czasu. W zasadzie nie wiemy, czy mijają dni, tygodnie, czy miesiące, a jednak wydaje się, że wiedza ta wcale nie jest widzowi potrzebna.


Jak wspomniałem wyżej, The Divide raczej nie jest odpowiednim filmem dla osób wrażliwych, ale niestety nie jest też filmem dla osób czepialskich. W scenariuszu nie brakuje "dziur", a niektóre elementy są wyraźnie naciągane lub przesadzone. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły, ale moim zdaniem wady filmu wynikają głównie z pewnych uproszczeń i umowności właśnie w scenariuszu. Domyślam się, że wielu "krytyków" rości sobie przez to prawo do "zjechania filmu od góry do dołu". I może nawet nie będą oni pozbawionymi racji, ale jeżeli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia, to trzeba przyznać, że The Divide może dostarczyć sporej dawki niebanalnej rozrywki, raczej nielekkiej, ale za to przejmującej, a nawet wstrząsającej. Nie jest to film, o którym zapomina się w dziesięć minut po seansie.


Co do samych elementów stricte postapokaliptycznych, to nie ma ich w filmie tak wiele, jak można by oczekiwać, ale wynika to z faktu, że większość akcji toczy się w kilku pomieszczeniach piwnicy. Samo umiejscowienie akcji nie budzi już żadnych wątpliwości: wszystko dzieje się w mieście, z którego zostały tylko zgliszcza. Jest również dobitna scena, w której owe zgliszcza można podziwiać w pełnej krasie. Czyli ogólnie jest dobrze, ale mogło być lepiej. Poniższa ocena punktowa jest próbą zobiektywizowania mojej recenzji, ale wielbiciele postapokalipsy, którzy akurat narzekają na kinową posuchę w swojej ukochanej tematyce, mogą nawet   dodać jeden punkt do poniższego werdyktu. Tak, czy siak, film polecam.

werdykt:
7 /10


Zwiastun filmu można obejrzeć na przykład TUTAJ. 

czwartek, 1 marca 2012

"O koniu i jego ludziach", czyli kilka przemyśleń po obejrzeniu filmu "War Horse" [Czas Wojny] w reżyserii Stevena Spielberga

Najwyższa pora zacząć weryfikować filmowe oczekiwania 2012 roku. Na pierwszy ogień idzie koń, czyli film przygodowo - wojenny pt. War Horse.


War Horse to epicka opowieść, a nawet "filmowa laurka" o przyjaźni człowieka i zwierzęcia, o lojalności, nadziei i wytrwałości na froncie I wojny światowej. Film przedstawia historię ludzi, których losy związane są z losami konia o imieniu Joey. Koń ten dorasta na angielskiej farmie, by potem trafić do Francji i wziąć udział w dramatycznych wydarzeniach dziejących się podczas wojny. Ciekawostką jest fakt, że "zwierzakowi" przyjdzie służyć po obu stronach konfliktu, towarzysząc ludziom różnych narodowości. Szczęście Joey'a polegało na tym, że udawało mu się trafiać na osoby, którym wojna była "nie po drodze" i nie mogli oni pojąć jej okrucieństwa.

Historia opowiadana w War Horse jest obarczona dużą dozą patosu i naiwności, jednak nawet jeżeli pokłady infantylizmu tej opowieści byłyby znacznie większe, film i tak by mi się podobał. Ma na to wpływ kilka elementów, a mianowicie:

a) widowiskowość, jaką twórcom War Horse udało się osiągnąć bez użycia cyfrowych efektów specjalnych. Sceny batalistyczne są naprawdę dynamiczne i emocjonujące, nagrane bez zbędnych "ulepszaczy". Oko cieszą też dopracowane w najdrobniejszych szczegółach scenografie;
b) muzyka, której autorem jest jeden z najbardziej cenionych kompozytorów związanych z Hollywood, czyli John Williams. Soundtrack filmu jest naprawdę niezły. Podniosłe, symfoniczne utwory, przy których trudno nie uronić łezki to w zasadzie żadna nowość w tego typu produkcjach, ale utworom Williamsa nie można odmówić "jakości";
c) kapitalna scena rozgrywająca się na polu walki, kiedy zaplątanemu w druty kolczaste Joey'owi próbują pomóc dwaj żołnierze: Anglik i Niemiec. Początkowo ich dialog rozgrywa się "na ostrzu noża", by potem ukazać obu żołnierzom ludzkie oblicze swojego wroga i podać w wątpliwość sens konfliktu, w którym uczestniczą;
d) gra aktorska... zwierząt. Wygląda na to, że zwierzęta są najbardziej wiarygodnymi i naturalnymi aktorami. Na uwagę zasługują również efekty tresury, jaką musiały przejść niektóre z nich. W jednej ze scen rozpędzony na polu bitwy koń próbuje z rozmachem przeskoczyć okop, co nie do końca mu się udaje. Zwierzę przewraca się na ziemię, po czym podnosi się i galopuje dalej wewnątrz okopów, pomiędzy uciekającymi na boki żołnierzami. Na dużym ekranie wygląda to niesamowicie. Zachodzę w głowę, jak filmowi spece zmusili konia do takiego wyczynu. Albo był tak wytresowany, albo scena była w dużej mierze dziełem przypadku. Bez względu na okoliczności - należą się duże brawa.


I na tym kończę, wystawiając filmowi War Horse bardzo wysoką notę, co jest zaskoczeniem nawet dla mnie. Nie jest to dzieło epokowe, ale chyba nawet sam Spielberg nie miał na celu uczynienia filmu War Horse czymś, czym film ten nigdy nie miał szansy się stać. To po prostu "ładny film", który prawdopodobnie za parę lat będzie oglądany przez rodziny zgromadzone przy telewizorach, tuż po niedzielnym obiedzie.

werdykt:
8 /10

sobota, 20 sierpnia 2011

Groza i melancholia - recenzja książki "Przedświt" autorstwa Chelsea Quinn Yarbro

OCENIAJ KSIĄŻKI PO OKŁADCE
Lubię takie książki. Zaliczyłbym je do kategorii „zapomniane”. Dziwna, niepokojąca okładka, brak streszczenia fabuły na jej tylnej stronie, odległy już rok wydania (1990) i trudności ze znalezieniem jakichkolwiek informacji na temat tej książki w Internecie. Właściwie przed lekturą wiedziałem tylko jedno: W jakimś stopniu powieść ta zalicza się do nurtu fantastyki postapokaliptycznej. Po przeczytaniu tej tajemniczej powieści mogę potwierdzić: Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem literatury postapokaliptycznej, a ponadto z opowieścią, która balansuje na granicy thrillera i dramatu. Czy lektura była warta poświęconego jej czasu? O tym poniżej…


ZASZOKUJ CZYTELNIKA PIERWSZYM ZDANIEM
Przedświt zaskakuje „mocnym” początkiem. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć kilka pierwszych zdań:

Najwięcej ciał leżało w pobliżu silosu i zbiorników, gdzie pod koniec wycofali się obrońcy. Przyparci przez Piratów do Sacramento, zostali wybici do nogi. Wśród kilku ciał Piratów Thea zobaczyła policjanta w wyjściowym mundurze. Gliny w końcu przeszły na drugą stronę…
Ostrożnie, z uwagą poruszała się wśród fetoru rozmemłanych i ograbionych trupów. (…) Wiatr kołysał trupami straszliwie okaleczonych mężczyzn, powieszonych za nogi na latarniach. Były tam również kobiety.
 Jedna z nich jeszcze żyła. Jej nagie zmaltretowane ciało zwisało z połamanej tablicy ogłoszeń. Sznury przytrzymywały jej rozłożone szeroko nogi. Miała wielkie sińce na twarzy i piersiach, zakrwawione uda i brzuch, i była napiętnowana dużą literą M – Mutant.
Kiedy Thea podeszła bliżej, kobieta targnęła się w więzach i wybuchnęła śmiechem, który zakończył się wstrząsającym skowytem.
Nie pozwól, żebym tak skończyła – pomyślała Thea, patrząc na spazmatyczne ruchy bioder. – Nie tak.

Powieść Przedświt od początku rzuca czytelnika na głęboką wodę, nie dając żadnej kamizelki ratunkowej. Wstrząsający początek zapowiada, że nie mamy tu do czynienia z lekką i relaksującą lekturą. Wielu pewnie by to zniechęciło, ale nie mnie. Po solidnym „ciosie w twarz”, jaki stanowią pierwsze zdania Przedświtu, można zacząć powoli zagłębiać się w meandry postapokaliptycznego świata, stworzonego w wyobraźni autorki powieści.

DROGA PRZEZ MĘKĘ?
Thea, czyli bohaterka, którą poznajemy na początku powieści, w trakcie swojej wędrówki po zgliszczach upadłej cywilizacji ludzkiej spotyka przypadkowo Evana Montague, byłego przywódcę bandy Piratów, który cudem uniknął śmierci z rąk swoich pobratymców. Oboje kontynuują podróż po świecie wyniszczonym zarazami, bronią biologiczną i głodem. Celem ich wędrówki jest mityczne miejsce zwane „Złotym Jeziorem”, gdzie podobno znajduje się jedyna ludzka osada, jaka oparła się zdewastowanemu i zdemoralizowanemu do szpiku kości światu. Fabuła powieści Przedświt nie jest zbyt rozbudowana, ale wynika  to przede wszystkim z faktu, że od początku do końca jest to „opowieść drogi”. Podróż, jaką odbywa dwójka głównych bohaterów jest ciekawa przede wszystkim ze względu na to, że przemieszczają się oni po niemal nieznanym świecie, pełnym niebezpieczeństw. Na swojej drodze napotykają brutalnych Piratów, Nietykalnych (ludzi o okropnych zniekształceniach fizycznych, które nastąpiły w wyniku mutacji), stada wygłodniałych psów, przerośniętych pająków, zatrute jeziora, nad którymi unoszą się opary kwasów, opuszczone domy, fabryki i sklepy. Należy jednak dodać, że większość z wymienionych „patentów” spotykana jest w wielu książkach postapokaliptycznych. I tu właśnie zaczynają się wady powieści…

SUMMA SUMMARUM
Przedświt – w moim odczuciu – nie zaskakuje w zasadzie niczym oryginalnym, jeżeli chodzi o wizję postapokaliptycznego świata. Rzecz jasna opinię tą wygłaszam jako zagorzały wielbiciel utworów postapokaliptycznych, który przeczytał już niejedną powieść z tego nurtu, a zatem dla nieobeznanych w tym temacie kwestia oryginalności (lub jej braku) z pewnością nie będzie najważniejsza. W Przedświcie raziło mnie jednak również coś innego: Dość infantylne i dziwne dialogi prowadzone między dwójką głównych bohaterów. Trudno mi to opisać w inny sposób, ale muszę przyznać, że w niektórych rozmowach między Theą i Evanem było coś sztucznego i irracjonalnego, co sprawiało, że ich relacje są jakby… mało autentyczne. Pomijając jednak to subiektywne odczucie warto wrócić do najważniejszych atutów powieści, jakie stanowi klimat i poczucie wyobcowania głównych bohaterów. „Opowieść drogi” przedstawiona w Przedświcie jest właściwie nieustanną przygodą ze światem nieznanym, groźnym i ponurym, ale również światem cichym i opustoszałym. Wędrówki po tym świecie potrafią wzbudzić w czytelniku grozę i niepewność. Nigdy nie wiadomo, co może znajdować się w opuszczonym, zrujnowanym domostwie: wrogo nastawione osoby, zmutowane zwierzęta, a czasem porozrzucane zapasy żywności w postaci przeterminowanych konserw, czy nawet ksiązki i gramofon z muzyką, które są w tym świecie jedynie pozostałością po dawno zapomnianej, wysoko rozwiniętej cywilizacji ludzkiej. Podróż po zdegradowanym świecie bywa bardzo niebezpieczna, ale w tym przypadku jest również niezwykle melancholijna. I dlatego – podsumowując – polecam powieść Przedświt nie tylko fanom postapokalipsy w literaturze, ale również tym wszystkim, którzy chcą taką podróż przeżyć, chociażby oczyma wyobraźni. Przedświt nie jest powieścią szczególnie ambitną, ani literackim arcydziełem, ale czyta się przyjemnie i potrafi dostarczyć niemałą porcję godnych zapamiętania emocji z pogranicza refleksyjnego dramatu i rasowego dreszczowca.

werdykt:
7/10

wtorek, 24 maja 2011

Filmy niedoceniane - "The Cell", czyli "Cela" z 2000 roku

Ponieważ przy okazji recenzji filmu Unthinkable poruszyłem niejako kwestię niedocenianych filmów, dziś chciałbym zaprezentować obraz "Cela", który moim zdaniem można uznać za niedoceniany. Choć film ten liczy sobie już ponad dziesięć lat, naprawdę niewiele się zestarzał i wciąż należy do moich ulubionych thrillerów. 

Jeśli już zdążyła zniechęcić Was twarz Jennifer Lopez, która gra główną rolę w Celi, to muszę naprowadzić Was na właściwą drogę. Nie ma najmniejszego powodu, żeby się zniechęcać! Nie przekreślajcie tego filmu ze względu na J.Lo! Owszem, nie jest ona jakąś genialna aktorką, ale jej rola w Celi wcale nie jest esencją tego filmu (choć nawiasem mówiąc J.Lo naprawdę nie wypadła w tym filmie źle). 

Główną bohaterką filmu jest utalentowana psychoterapeutka Catherine Deane. Przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki przenosi się ona do umysłu szaleńca - seryjnego mordercy, który zabijał piękne, młode kobiety topiąc je w... wybielaczu. Zabijał, dopóki nie zapadł w śpiączkę. Problem w tym, że zanim go złapano zdążył gdzieś ukryć jedną ze swoich ofiar. Jedynym sposobem na zdobycie informacji o położeniu ofiary, która prawdopodobnie żyje, jest wniknięcie do umysłu mordercy. Same technikalia tego procesu wprowadzają zatem do filmu elementy kina science fiction. Poza tym mamy jednak dość ambitne połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. Największym atutem filmu są z pewnością plastyczne wizje obrazujące ponure sny psychopaty. Są nie tylko przerażające, ale również pełne pokręconego artyzmu, mrocznej i zarazem pięknej sztuki. To właśnie sceny rozgrywające się w umyśle szaleńca sprawiają, że o filmie Cela tak łatwo się nie zapomina. I być może te właśnie artystyczne wizje przyczyniły się do (delikatnie mówiąc) niezbyt spektakularnej popularności filmu, bowiem mogły dla szerszej publiczności uchodzić za niezrozumiale lub zbyt poronione (pamiętajmy, że w 2000 roku kino dopiero przygotowywało się na chore wizje w stylu "Piły"). 
W każdym razie jestem przekonany, że Cela ma wielu swoich wielbicieli, a ja z pewnością się do nich zaliczam. A tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości.


werdykt:
8,5/10

czwartek, 19 maja 2011

"Trzymanie za mordę" - recenzja filmu Unthinkable

Unthinkable to film, który niesamowicie mnie zaskoczył. Zaskoczył pozytywnie, żeby wszystko było jasne. 
A zaczęło się niezbyt zachęcająco… Pewien muzułmanin amerykańskiego pochodzenia (w tej roli Michael Sheen) nagrywa kamerą oświadczenie, że skonstruował trzy bomby jądrowe i ukrył je w trzech różnych miastach Stanów Zjednoczonych. Tajne służby wywiadowcze po obejrzeniu nagrania zaczynają wyścig z czasem, bowiem do detonacji bomb zostało tylko kilka dni. Stany Zjednoczone, wojna z terroryzmem, muzułmanin-zamachowiec? Brzmi sztampowo i nieciekawie? Gwarantuję jednak, że tak nie jest. 


Po pierwsze, terrorysta zostaje szybko złapany (ach, te niezawodne amerykańskie służby wywiadowcze!), a za przesłuchiwanie go bierze się niezwykle skuteczny i pozbawiony skrupułów były agent, którego gra Samuel L. Jackson. Wtóruje mu piękna i kompetentna agentka, która z kolei nie może pozbyć się skrupułów, ale za to gra ją Carrie-Ann Moss, znana przede wszystkim z roli w Matrixie.

Niech nie zmyli Was lekki ton, którym posługuję się w tym tekście. Unthinkable nie jest lekką, popcornową rozrywką. Esencją tego filmu jest bowiem gra psychologiczna, jaka toczy się pomiędzy zamachowcem i dwójką przesłuchujących go agentów. Postać grana przez Jacksona to prawdziwy, choć niepozbawiony inteligencji brutal, który otwarcie stosuje okropne tortury podczas przesłuchania, natomiast dla naszej pięknej agentki ważniejsze jest przestrzeganie praw człowieka i humanitarne traktowanie przesłuchiwanego. Ale jak mają się prawa człowieka do zachowania zamachowca, który chce wysadzić w powietrze kilka milionów ludzi? Czy przemoc wobec zamachowca jest czynem dopuszczalnym? Do czego można się posunąć podczas przesłuchiwania tak niebezpiecznego człowieka? Z pewnością nie ma jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. I tak też jest w filmie Unthinkable. Nie ma tu czarno-białych postaci (właściwie każdy z trzech głównych bohaterów nosi znamiona postaci tragicznej), nie ma też prostego podziału na dobro i zło. Pojawia się również pytanie, czy tzw. „mniejsze zło” może być usprawiedliwione w tak dramatycznych okolicznościach, jakie stanowi groźba wybuchu bomb jądrowych. Poza tym w filmie nie brak przemocy, która budzi kontrowersje, nawet pomimo znacznej poprawności twórców filmu w jej ukazywaniu.


Wszystko to składa się na naprawdę ciekawe widowisko, które trzyma widza za mordę i nie chce puścić aż do ostatniej minuty. I mnie również trzymało, o czym może świadczyć chociażby nieodparta chęć napisania tekstu, który właśnie czytacie. Jeszcze jedna sprawa. Wygląda na to, że film Unthinkable można już zaliczyć do produkcji niedocenianych. W Polsce mało kto o nim słyszał, można nawet powiedzieć, że został przemilczany. O ile dobrze mi się wydaje, w naszej mlekiem i miodem płynącej krainie nie było nawet premiery kinowej Unthinkable. A szkoda. Dlatego tym bardziej warto obejrzeć ten film. Polecam i do następnego seansu!

werdykt:
9/10

poniedziałek, 28 marca 2011

Rościmir

Mam na imię Rościmir.
Bardzo oryginalnie,
Jak na dzisiejsze czasy.
Lubię rosół, pomidorówkę
I babkę cytrynową.
Lubię tez obejrzeć dobry film,
Poczytać dobrą książkę
I posłuchać dobrej muzyki.
Nie lubię tylko zachlapanych zlewów.
Jak ktoś zmywał naczynia
I nie wytarł potem ścianek zlewu.
Zostają wtedy na nich krople.
Są rozmieszczone chaotycznie
I same prędko nie wyschną.
A nawet jak wyschną, to
Zostaną takie ślady, zacieki...
Za chwilę strzelę sobie w łeb.
Żegnajcie więc.

***

wtorek, 9 listopada 2010

TRZY SZYBKIE (2)

Dziś proponuję kolejną porcję filmów. I to bardzo zróżnicowanych gatunkowo, a poza tym starałem się wybrać w miarę oryginalny zestaw, w moim przekonaniu zestaw godny obejrzenia. Zapraszam...

Harry Brown (2009)
Gatunek: dramat / sensacyjny
Podobne do: filmów, których motywem przewodnim jest "zemsta"


Michael Caine jako emerytowany wojskowy, który przeżywa osobiste dramaty. Na szpitalnym łóżku umiera jego żona, a najlepszy przyjaciel zostaje zamordowany przez miejskich chuliganów. To drugie zdarzenie jest dla Harry'ego Browna impulsem do działania poza prawem, czyli zemsty. Brzmi mało oryginalnie? Możliwe, ale tak do końca nie jest. Przede wszystkim w zemście Harry'ego Browna nie wszystko jest proste i oczywiste, a na dodatek nic nie przychodzi z łatwością. Film jest ponury, a angielscy chuligani brutalni i zorganizowani wręcz przesadnie, ale spotęgowana dosłowność ich zachowań robi wrażenie. Z pewnością nie jest to zemsta w hollywoodzkim stylu. Fani cyklu "Życzenie śmierci" raczej nie mają tu czego szukać :)

Moja ocena: 8/10

3 Idiots (2009)
Gatunek: obyczajowy / komedia / dramat / romans (do wyboru, do koloru!)
Podobne do: nie wiem, bo nie jestem ekspertem od filmów bollywoodzkich. Ale zapewne podobne do innych filmów bollywoodzkich, choć chyba raczej tych bardziej ambitnych...


Barwna historia trójki przyjaciół, studentów inżynierii. W wyniku wielu perypetii jeden z nich - o imieniu Rancho - zaginął bez śladu. Dwóch najlepszych kumpli ze studiów bezskutecznie poszukuje go od kilku lat, ale wreszcie pojawia się ślad, za którym bez zastanowienia ruszają w drogę pełną przygód. Ale muszę nadmienić, że są to głównie przygody retrospektywne, które wyjaśniają, kim był Rancho i jak doszło do do jego zaginięcia. Fabuła ogólnie rzecz biorąc jest bardzo ciekawa, muzyka w filmie robi równie dobre wrażenie. "3 Idiots" to bardzo pogodny film, pełen scen zabawnych i wzruszających, a nawet romantycznych. Moim zdaniem świetna alternatywa dla przewidywalnych, pustych, drętwych i nieśmiesznych komedii romantycznych rodem z Hollywood, albo nawet z Hollyłódź ("Tylko mnie kopaj" i inne tego typu brednie). Szczerze polecam "seans we dwoje"!

Moja ocena: 9/10

Black Death (2010)
Gatunek: historyczny / fantasy / przygodowy / dramat / thriller / horror (tu również "do wyboru, do koloru". Ale w bardziej mrocznych odcieniach)
Podobne do: sam nie wiem... Może odrobinę do polskiego Wiedźmina, ale na lepszym poziomie realizacji.


Akcja filmu Black Death toczy się po wybuchu epidemii dżumy w średniowiecznej Anglii. Ludzie masowo umierają w miastach, epidemia przenosi się także na wioski. Ale gdzieś tam krążą pogłoski o osadzie, której nie dotknęła dżuma. Mało tego, zmarli ludzie w tej wiosce przywracani są do życia w jakichś tajemnych, pogańskich obrzędach. Na poszukiwanie tej osady wyrusza ekspedycja (niemalże krucjata) wysłana przez biskupa, złożona zarówno z prawych rycerzy, jak i morderców i rzezimieszków. Celem ekspedycji jest schwytanie nekromanty, a tym samym zakończenie jego bluźnierczych obrzędów. Przewodnikiem wyprawy staje się młody mnich, który zgłasza się do niej na ochotnika, mając na uwadze swój prywatny cel, zupełnie niezwiązany z przeznaczeniem misji... Ten tajemniczy film zachwycił mnie nie tylko ciekawą fabułą, ale również posępnym klimatem. Świetną rolę zagrał w nim Sean Bean i jest to chyba jedyny znany szerszej publiczności aktor występujący w Black Death. Dużą zaletą obrazu jest strona wizualna, ponieważ jest to udana produkcja telewizyjna, a nie kinowa. Przez to Black Death wygląda nie tylko mrocznie, ale również autentycznie, a w każdym razie bardzo odmiennie od hollywoodzkich produkcji, prezentujących z reguły epokę średniowiecza w sposób sztuczny, pełen płytkiego patosu. Zakończenie filmu skłania widza do głębszej refleksji, co tylko podnosi wartość tego dzieła. Bez dwóch zdań polecam! 

Moja ocena: 10/10


wtorek, 1 czerwca 2010

The Road - Droga


Film „The Road” z 2009 roku to adaptacja powieści pod tym samym tytułem, której autorem jest niejaki Cormac McCarthy. Muszę tu jednak z całą stanowczością zaznaczyć, że powieści tej nie było mi dane przeczytać (jak na razie!). Dlatego też recenzja niniejsza odnosi się wyłącznie do filmu i dzieło to oceniam tylko jako film. A zatem tylko film, ale za to jaki!


„Drogę” – jako gatunek filmu - należy zaliczyć do dramatu, jednak należy mieć na uwadze, że to dramat postapokaliptyczny (albo, jak wolą niektórzy, dramat science fiction). Ponadto „Droga” jest tzw. „filmem drogi”. A to ci niespodzianka, nieprawdaż? Jak już wspomniałem, przytoczonej na początku powieści nie czytałem, ale mogę pochwalić się co najmniej kilkoma przeczytanymi powieściami postapokaliptycznymi, które na dodatek są takimi właśnie „opowieściami drogi” (np. „Aleja Potępienia”, „Droga do wieczności”, „Późne lato”, tudzież „Ślimak na zboczu”, „Wilk w cieniu”). Dlatego też film „Droga” oglądało mi się tak, jakbym czytał wciągającą powieść. Ten fakt jest już znaczącą rekomendacją, ale przejdźmy dalej…


„Droga” przedstawia nam mroczną wizję świata po apokalipsie. Jest brudno, szaro i smutno („screeny” z filmu mówią same za siebie), sporo w filmie krajobrazów nędzy i rozpaczy, zniszczonych domów, osiedli, opuszczonych centrów handlowych itp. Sytuacja ludzi żyjących w tym świecie jest mało optymistyczna. Przede wszystkim doskwiera im i wyniszcza ich głód. Kanibalizm staje się dla niektórych jedyną formą przetrwania. Głównymi bohaterami opowieści są dwie osoby – ojciec i syn. Podróżują oni po zniszczonym świecie chcąc po prostu w sposób godny przeżyć i… Dotrzeć do morza. Nie będę zdradzał tu wiele szczegółów dotyczących scenariusza, bo w tego typu opowieściach lepiej jest samemu śledzić i zbierać do kupy strzępki informacji np. o samej apokalipsie, bohaterach filmu.

Wizja świata przedstawiona w „Drodze” jest bardzo plastyczna i realistyczna, wręcz namacalna. Dramat sytuacji w jakiej znajdują się bohaterowie, jak również dramat ludzkości, której przyszło żyć w takim świecie, jest zatrważający. Aby jednak nie zniechęcać tych, którzy nie pałają miłością do filmowych dramatów, dodam, że „Droga” w wielu momentach jest także rasowym thrillerem, a nawet - w jednej z ciekawszych scen - horrorem! Poza tym umiejętnie budowane napięcie jest również dużą zaletą filmu. No dobra, kończę już rozpływanie się w zachwytach, żeby wskazać jakieś minusy. Dla mnie minusem jest właściwie tylko zakończenie, które nie uwieńczyło w jakiś „wyjątkowy” sposób tak znakomitej postapokaliptycznej wizji. Ale taka wada to właściwie nie wada, a z pewnością tylko moje subiektywne postrzeganie tego filmu (a poza tym nie czytałem powieści, ani nie znam jej autora). „The Road” polecam przede wszystkim miłośnikom postapokalipsy. I to bez dwóch zdań!

  
Moja ocena: 
10/10